
Srokowski Stanislaw
Nienawisc
Zobacz!

Podziękowania dla Ani za rzetelną pracę korespondenta :)
14 maja 2005 Warszawa, Dw. PKP Śródmieście
Jest kicha. Po złożeniu wszystkiego do kupy, tnz. założeniu kół, zapięciu sakw, przypięciu reszty ekwipunku okazało się, że w bagażniku samochodu zostało siodełko. No, trudno raczej jechać bez siodełka... Lukas wykazał maksimum cierpliwości i opanowania przyjmując ten fakt do wiadomości. Już myślałem, że wepchnie mnie pod uciekający nam sprzed nosa pociąg relacji Warszawa - Terespol. Nie będę tu opisywał, w jaki sposób odzyskałem siodełko (chcę zapomnieć o tej przykrej historii) grunt, że po godzinie oczekiwaliśmy już na Wschodnim na pociąg do Siedlec. W Siedlcach mieliśmy dwie i pół godziny czasu na przesiadkę, toteż niespiesznie udaliśmy się na krótką przejażdżke do centrum, które prezentowało się bardzo klimatycznie i zacisznie. Po kwadransie powróciliśmy na dworzec, aby napić się zimnego piwa w małej knajpce nieopodal.
Jazda pociągiem była bezsprzecznie nudna. W "salonce" było gorąco i duszno mimo otwartch okien. Nie mogliśmy już doczekać się przekroczenia granicy. Wiedzieliśmy też, że nie mamy szans aby złapać planowany pociąg o 17:14.
Terespol
Wysiadłszy z pociągu ruszyliśmy spiesznie w kierunku przejścia granicznego i tu spotkało nas przykre rozczarowanie... Otóż polski pogranicznik powiedział, że nie może nas wypuścić na piechotę, bo to jest przejście tylko samochodowe. Oznajmił też ze szczerym uśmiechem, iż najbliższe piesze przejście znajduje się 300km stąd na północ - chodziło mu oczywiście o przejście z Litwą. "No i z Litwy sobie możecie już dalej na Białoruś albo przez Ukrainę." Na nasze usilne błagania odrzekł z nieukrywaną dumą ze swych dokonań: "Panie, my tu nawet żeśmy maratończyków, którzy biegli z Berlina do Moskwy, zawrócili. Ja tam może i bym Pana puścił, ale Ruskie nie puszczą". "No, zaczyna się" pomyślałem bardzo zadowolony - "o to właśnie chodziło". Pan pogranicznik poinformował nas, że bez problemu przekroczymy granicę specjalnym pociągiem dla
przemytników, który jeździ kilka razy dziennie na króciutkiej trasie relacji Terespol - Brześć Central. Ot tyle co przejechać na drugą stronę rzeki. Cała odprawa paszportowa i celna przebiega wewnątrz pociągu. Ruszyliśmy w te pędy, gdyż okazło się, że jest już 10 minut do odjazdu. W pociągu poznaliśmy Pana Jacka. Przemytnika, który od 10 lat jeździ kilka razy dzinnie tym pociągiem przewożąc przeróżne dobra do i z terytorium Białorusi. W czasie tej krótkiej znajomości zauważyliśmy też, że prowadził on interesy ze wszytskimi polskimi i białoruskimi celnikami i pogranicznikami. Ot tu załatwi farbę do elewacji, tam klej do glazury, tam oponkę a jeszcze gdzie indziej chemię gospodarczą. Odprawa przebiegła szybko i sprawnie. Wzbudziliśmy spore zainteresowanie wśród "mrówek" i służb ochrony pogranicza "A co to jakaś wycieczka? Do nas? Na Białoruś?" - pytali. Po około 40 minutach pociąg zatrzymał się na dwocu w Brześciu. Byliśmy na terytorium Republiki Białorusi.
Brześć
Brzeski dworzec przywitał nas tłumem kibiców jadących na mecz. Pomimo ich obecności i pomimo legalnej sprzedaży piwa na dworcu kolejowym, nikt nas nie zaczepiał, nie czuliśmy się w żaden sposób zagrożeni było czysto i schludnie mimo że porządku pilnowało dosłownie kilku milicjantów i sprzątaczka ze ścierą. Widać tu twardą rękę Aleksandra...
Udaliśmy się do kas. Podczas gdy Lukas pokazywał nasze wehikuły zachwyconym dzieciom. Ja stanąłem w kolejce do okienka. Kiedy obsłużono osobę przede mną pani w okienku odwróciła się wystawiwszy uprzednio informację, że teraz jest przerwa. Potulnie udałem się do kolejnego okienka, gdzie znów byłem piąty w ogonku. Po kilkunastu minutach oczekiwania nabyłem upragnione bilety i kwity bagażowe do Drohiczyna Poleskiego na spalinowy pociąg relacji Brześć - Homel. Szata graficzna biletów zachwyciłaby najwytrawniejszych kolekcjonerów: gruby papier ze szmat (jak w przypadku banknotów dolarowych), złocenia, tłoczenia... W prostych słowach - przerost formy nad treścią. Niestey najładniesze bilety (bilety bagażowe na przewóz rowerów) zostały nam odebrane.
Na peronie, zaczepił mnie milicjant pytając czy wszystko jest w porządku i czy może nie potrzebujemy jakiejś pomocy. Pociąg ruszył punktualnie o 19:36.
Drohiczyn Poleski
Tak, jak zauważyłem na mapie, stacja oddalona była od miasteczka o jakieś pół kilometra, toteż wysiadaliśmy praktycznie w szczerym polu. Na peronie podeszło do nas kilku miejscowych, ubranych w dresy, młodzieńców. Bardzo zainteresowali się celem naszej wyprawy. Myśleli, że przyjechalismy na zawody rowerowe, które miały się odbyć nazajutrz. Byli naprawde zdziwieni tym, ze ot tak po prostu przyjechaliśmy na Białoruś, wysiedliśmy w Drohiczynie i jedziemy gdzieś w diabły.
W centrum miasteczka kupiliśmy co nieco na kolację i ruszyliśmy spiesznie w kierunku Osowców. Robiło się już naprawdę ciemno i zimno. W świetle czołówki widać było parę z ust. Po opuszczeniu zabudowanego terenu zagłębiliśmy się w czerń. Totalną i nieprzeniknioną czerń. Blady sierp Księżyca nie oświetlał ciągnących się wzdłuż drogi czarnych bagien, czy podmokłych łąk, z głębi których bez przerwy dobywały się jakieś chlupoty i rechot niezliczonych żab. Byliśmy na polesiu - w kraju bagien, komarów i błota. Było jasne, że nie będzimy mogli ot tak po prostu zjechać z drogi i obozować. W końcu, jakieś 2 km przed Osowcami znaleźliśmy skręt w piaszczystą drogę w prawo. Droga piaszczysta po kilkunastu metrach przerodziła się w błotnistą, ale teren po lewej piął się wyraźnie w górę. Po omacku nieomal przeprowadziliśmy rowery pomiędzy drzewami na coś w rodzaju pagórka. Postanowiliśmy obozować. Była już prawie północ i jak już zdążyliśmy się zorientować, znalezienie lepszego miejsca mogłoby okazać się trudne. Na kolację składał sie trochę czerstwy chleb i serek topiony oraz pasztecik "Podlaski".
15 maja 2005 Osowce, maleńka ostrów w zatopionym lesie
Nad ranem okazało się, że nasz pagórek to w istocie mały cypelek suchego gruntu wysunięty w podmokły las. Zewsząd otaczała nas czerwona woda, powalone drzewa i krzaki. W oddali majaczył opuszczony chutor. Szkoda, że nie dostrzegliśmy go w nocy...
Na śniadanie zjedlismy resztki z kolacji (pyszne) i postanowiliśmy czym prędzej ruszyć dalej. Komary były nie do zniesienia. Zauważyliśmy też na naszych ubraniach duże czerwone kleszcze poszukujące możliwości dobrania się do nas. Podszedłem jeszcze do opuszczonych zabudowań w nadziei znalezienia czegoś interesującego, ale niestety nic takiego nie nastąpiło. Wszystko było doszczętnie splądrowane i zniszczone. Gdybyśmy dostrzegli te zabudowania wcześniej, prawdopodobnie nie oparlibyśmy się pokusie przenocowania w tym niesamowitym mmiejscu. Niestety było wtedy zbyt ciemno. Ciekawe, kim byli ludzie, którzy tu żyli i kiedy stąd odeszli, czy umarli...? We wsi Osowce znajduje się zabytkowa drewniana cerkiew z XVIII wieku. Nie mogliśmy niestety zwiedzić jej wnętrza, gdyż właśnie odbywało się poranne nabożeństwo. Ciekawe jak to się st ało, że ta maleńka cerkieka przetrwała wojny i stalinizm... Wykonaliśmy kilka pamiątkowych fotek i ruszyliśmy dalej piaszczystą drogą przez las. Jako miejsce na dłuższy popas i porządne śniadanie obraliśmy wieś Klementynowo. Nazwa ta była najprawdopodobniej nazwą majątku ziemskiego, jednak
żadncych śladów zabudowań dworskich nie odnaleźliśmy. Miejscowa ludność potwierzdziła, że w okolicy znajdował się takowy, ale nikt nie był w stanie wskazać miejsca. Sporo czasu zajęła nam rozmowa ze staruszkiem, który zatrzymał się zainteresowany naszą obecnością i faktem, że przy pompie, w samym środku wsi urządziliśmy sobie, gotowanie, mycie się i. t. p. czynności. On niestety także nie miał żadnych informacji o rzekomym dworze, opowiadał natomiast o swoich wojennych przygodach i perypetiach.
Ruszyliśmy dalej posiliwszy się grochówką z pokruszonym czerstwym chlebem. Wkrótce znaleźliśmy się w dzikich lasach. Komary cięły niemiłosiernie, do tego stopnia, że postanowiliśmy wogóle nie zatrzymywać się, gdyż natychmiast było się żywcem zjadanym przez te krwiożercze owady. Naszym najbliższym celem była wieś Krytyszyn którą planowaliśmy osiągnąć skrótem przez las i uroczysko Pticz. Okazało się to karkołomną pomyłką aczkolwiek dostarczyło wielu niezapomnianych, typowo poleskich wrażeń.
Przygoda na uroczysku Pticz
Skrót miał w założeniach wiele zalet: Był faktycznie skrótem, dawał możliwość jazdy po leśnych duktach, dawał nadzieję na zobaczenie czegoś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Wkrótce miało okazać się, jak trudnym terenem jest polesie i że brak
kompasu (gdzieś zginął) naprawdę potrafi uniemożliwić poprawną nawigację. Przejechaliśmy wieś Zawojty by wkróce zanurzyć się w wilgotnym lesie. Ilość komarów była niewyobrażalna, toteż nie mogliśmy się zatrzymać na krótki nawet odpoczynek. Leśna droga była niestety dość błotnista i Lukas miał poważne problemy ze swoim sprzętem, jakoże rower trekkingowy doskonale zapadał się w błoto, a opony o stosunkowo gładkim bieżniku nie zapewniały dostatecznej przyczepności. Byliśmy jednak zdeterminowani. Zważywszy, że mój poczciwy góral sprawował się znakomicie i bez trudu pokonywałem mętne, głębokie kałuże nad którymi unosiły się chmury robactwa. Droga stawała się jednak coraz gorsza. Od miejscowych dowiedzieliśmy się wcześniej, że przez ostatnie dwa tygodnie bez przerwy padał deszcz. Droga rozwidlała się wielokrotnie i miejscami była kompletnie zniszczona podczas niedawnej zrywki drzewostanu, czasem rozmywała się w leśnej gęstwinie. Wkońcu dotarliśmy nad urocysko położone w połowie planowanego skrótu. Tu
droga zanikała kompletnie by majaczyć po drugiej stronie polany jako ciemna przecinka w leśnej gęstwinie. Zatrzymaliśmy się nie zwracając już wogóle uwagi na komary. Według planów, uroczysko przecięte miało być trzema rowami melioracyjnymi, jednakże dziś rowy uległy zamuleniu i cała łąka ponownie zamieniała się w sympatyczne bagienko. Założyłem swoje nieśmiertelne klapeczki sportowe i wraz z objuczonym rowerem poszedłem na zwiad wgłąb bagniska. Lukas został. Miałem dać mu znać, jeśli droga po drugiej stronie jest faktycznie drogą. Grzęzłem w błocie do pół łydki, ale po jakichś piętnastu minutach marszu osiągnąłem ścianę lasu po drugiej stronie. Niestety, droga była kompletnie zatopiona. Woda sięgała prawie do połowy uda, przeszedłem nią około 50m i zawróciłem. Musieliśmy się poddać sromotnie. Najgorsze jednak było to, że nie wiedzieliśmy dokładnie jak wrócić. Finalnie wyjechaliśmy we wsi Gorbacha, jakiś kilometr za miejscem, w którym weszliśmy do lasu. Cała zabawa trwała około trzech godzin. Tak więc pokonaliśmy kilometr w 3 godziny :) Posililiśmy się w małym, niebieskim sklepiku, gdzie pani sprzedawczyni wyposażyła nas w zapas zapałek na całą drogę. Ponieważ jeszcze wtedy (nie wiedzieliśmy, że pogoda okaże się bezlitosna) planowaliśmy jechać aż do Mozyrza wzbudziliśmy nie lada sensację. Kupiliśmy dwa rodzaje żółtego sera i przyrządziliśmy sobie koreczki (z zapałek), które popijaliśmy smacznym acz niestety ciepłym piwem. Główny problem z piwem na Białorusi polega na tym, że jest na ogół ledwie co chłodne lub wręcz ciepłe. Uważnie przyjrzeliśmy się mapie, by stwierdzić, że jeszcze sporo drogi zostało do pokonania. Przytroczyłem sportowe klapeczki do skaw by obeschły i założyłem normalne buty. Lukas miał ten problem, że po wizycie na Pticzu jego buty były całkowicie przemoczone. Nie
wiedzieliśmy jeszcze, że do końca naszej wyprawy nie będzie dane im wyschnąć... Ruszyliśmy dalej, zważywszy, że wyszło słońce, co zachęciło nas do jazdy. Pędząc przez Krytyszyn i Rudzk mijaliśmy malownicze chatynki i obrazy rodem z XIX wieku, gdzieś pod lasem znaleźliśmy osamotnioną mogiłę z czasów II wojny. Ktoś jednak o niej pamiętał, gdyż była zadbana i przyozdobiona świeżymi wieńcami. W końcu natrafiliśmy na asfaltową drogę prowadzącą do miejscowości o wdzięcznej nazwie Jajeczkowicze. Tam zostaliśmy przepędzeni przez milicjanta po cyliwu, kiedy robiliśmy zdjęcia na należączej do miejscowego kołchozu stacji benzynowej. Tak naprawdę nie sądziliśmy, że jest czynna... Wzięliśmy ją raczej za jakiś relikt. W Jajeczkowiczach znajdowało się też osiedle domków socjalnych wybudowanych przez państwo. Były schludne i stosunkowo nowoczesne. Przed domkami siedziły całe rodziny biesiadując przy grillach i grając w karty. Po kilkunastu kilometrach natrafiliśmy na skrzyżowanie, gdzie dobijała do naszej bardzo charakterystyczna droga, utwardzona trylinką z wtopionymi w nią kamieniami. Była to stara droga wybudowana przez polskie wojsko na trasie Brześć - Pińsk. Do Duboi pozostały już tylko chwile...
Duboja 17:00
Tutaj zaplanowaliśmy nocleg. Zatrzymaliśmy się przy drodze koło małego źródełka aby obmyślić dalszy plan na dzisiaj.
Osobom zainteresowanym Duboją polecam kliknąć tutaj. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w poszukiwaniu sklepu. Okazało
s
ię, że jest niedaleko i całkiem dobrze zaopatrzony. Pod sklepem spotkaliśy grupkę miejscowych popijających piwo i żartujących wniebogłosy. Wśród nich prym wiódł postawny gość w wojskowym ubraniu (okazał się wójtem i dyrektorem miejscowego kołchozu) i milicjant. Przywitaliśmy się z nimi pytając o pałac Kurzenieckich i nocleg. Wójt obiecał pokazać nam park, który obecnie jest częścią kołchozu (ryb-chozu) a jako miejsce noclegu zaproponował własny dom. Uprzejmie odmówiliśmy, gdyż obawialiśmy sie o nasze wątroby. Park był mokry i pełen komarów, toteż nie byliśmy w stanie spędzić w nim wiele czasu. Zwiedziliśmy starą kaplicę, wójt pokazał nam miejsce, w którym kiedyś stał pałac oraz istniejące do dziś zabudowania pochodzące z kompleksu dworskiego. Odnaleźliśmy też resztki bramy wjazdowej. Ponieważ zaczynało się ściemniać postanowiliśmy ruszyć w poszukiwaniu noclegu. Kilometr za wsią rozciągały się tereny kołchozu.
c. d. n.