O nas | Aktualnosci | Regulamin
Newsletter | Wyprawa
Brasław | Baranowicze | Dubno | Zwierzyniec | Dawidgródek | Wolczyn/Kamieniec Litewski
radzima.org | poehali.net | realbiker.ru | Rzeczpospolita.com | ski-team.pl | Sklep Podróznika
Sasza | Frołek | Dzidka
Bialorus jako taka
Forum Jürjüszi | Forum rowerowe poehali.net | Forum turystyczne poehali.net
III Wiosenny Rajd Jürjüszi | IV Jesienny Rajd Jürjüszi

Rozłożyliśmy obóz na jego terenie, za drzewmi zwyczajowo oddzielającymi pole od szosy - zdala od lasu z uwagi na komary. Nie na wiele to się jednak zdało, gdyż podmokła dolina Piny to wspaniałe miejsce lęgowe dla wszelkiego robactwa, które nigdy nie dawało nam spokoju. Nieopodal znaleźliśmy wielką kupę (dosłownie) obornika. Tymże obornikiem podsycaliśmy ogień z nadzieją odpędzenia natarczywych owadów. Niestety. Ani gęsty dym ani Biełomory nie były w stanie nic zdziałać. Z nastaniem nocy udaliśmy się na spoczynek. Nie było dane nam jednak się wyspać . Około 3 nad ranem nadciągnęła potężna burza, której nasz namiot nie był w stanie się oprzeć. Obawialiśmy się nawet, że wiatr go porwie. Wiedzieliśmy także, że znajdujemy się na terenie położonym dość nisko względem poziomu rzeki i stosunkowo blisko niej (osuszone rozlewisko, które miejscami już spowrotem stawało się podmokłą łąką) więc było możliwe, że przy tak intensywnych opadach dosięgnie nas żywioł. Przysypialiśmy więc przez kolejne 4 godziny w namiocie, do wnętrza którego sączyła się woda zbierająca się pod karimatami. Gdy tylko przestało padać postanowiliśmy co rychlej zebrać obozowisko i udać się do sklepu. Tam spędziliśmy ponad dwie godziny czekając na jego otwarcie. Czas ten spożytkowaliśmy gaworząc z miejscowymi i karmiąc lokalnego kota. Po zjedzeniu śniadania ruszyliśmy drogą przez Mołotkowicze do Pińska. Wyjrzało słońce. W Mołotkowiczach zatrzymaliśmy się aby przesuszyć co się da i nieco odsapnąć. Mimo, że przebyta droga była krótka, wilgotny bagaż ciążył bardziej niż zazwyczaj, ponadto wiatr znakomicie utrudniał jazdę.

16 maja 2005 11:00 Pińsk
Gdy wjeżdża się do miasta, Pińsk jest obrzydliwy. Dziurawe jezdnie, ohydne, szare domy wszystko to typowy ZSRR. Jednakże centrum mimo iż okaleczone przez plac Lenina wraz z pomnikiem oraz kilka szkaradztw - wiekompomnych pomników radzieckiej architektury - okazuje się całkiem ciekawe, nadspodziewanie czyste i zadbane. Nie będę pisał tutaj rzeczy oczywistych typu historia miasta, którą można znaleźć w sieci bez trudu, raczej zależałoby mi na uchwyceniu pewniej własnej impresji. Pięknie prezentuje się dawne kolegium jezuitów (szkoda, że nie istnieje wysadzony w latach 50-tych kościół), ulica Lenina (fotografia obok), oraz katedra. Tutaj niestety muszę wspomnieć o bardzo przykrym incydencie, jaki spotał nas na terenie kościoła. Zostaliśmy bowiem potraktowani niezwykle obcesowo i niekulturalnie przez polskiego księdza, któremu nawet nie chciało się do nas podejść aby porozmawiać. Między nim a nami biegał w charakterze gońca młody Białorusin - student tamtejszego semainarium duchownego. Ksiądz nie zgodził się nas wpuścić do kościoła, nie chiał udzielić żadnych informacji, a ponadto stał cały czas odwrócony do nas plecami na balkonie. Pozostawiam ten incydent bez komentarza. Opuściliśmy więc to wyjątkowo niegościnne miejsce by udać się do hotelu Prypeć. Zamierzaliśmy zostawić tam rzeczy i zwiedzić miasto. Wzięliśmy najtańszy pokój dwuosobowy we właśnie Dawne gimnazjumremontowanej części tego przybytku w cenie 18 USD. Ponieważ drzwi od pokoju nie zamykały się przykuliśmy rowery łańcuchem do kaloryfera. W Pińsku znajduje się wiele ciekawych obiektów. Sztandarowym jest dawne kolegium z którym związany jest Adam Naruszewicz, że nie wspomnę o św. Andrzeju Boboli; ślad po kapliczce św. Andrzeja można ponoć odnaleźć na placu Lenina (informacja za A. Rąkowskim) jednakże bez wiedzy, gdzie dokładnie szukać, jest to niemożliwe. Przu ulicy Lenina znajduje się gmach dawnego gimanzjum z doskonale zachowanym napisem w języku polskim "Gimnazjum Męskie Państwowe". Jako ciekawostkę mogę nadmienić, że uczęszczał tam pierwszy prezydent Izraela Chaim Weizman. Nieco poza ścisłym centrum znajduje się dom wybitnego dziennikarza i podróżnika - Ryszarda Kapuścińskiego - zaplanowaliśmy go odszukać w drodze powrotnej. Nad rzeką w miejscu dawnego targu rybnego nie ma nic interesującego oprócz rzecznego dworca. Nie wiem, czy funkcjonuje. W połowie dnia przeszła kolejna wielka nawałnica z piorunami. Wieczorem, po deszczu miasto nabrało zupełnie innego - dramatycznego wyrazu. Muszę z przyjemnością przyznać, że Pińsk zachował pewien specyficzny klimat. Proszę tylko nie zrozumieć mnie źle - nie wiem oczywiście jaki klimat miało to miasto przed wojną, jednakże przebywając w nim czuje się wyraźne tchnienie dawnych czasów. W centrum bowiem zachowało się sporo staryh, niskich kamieniczek (podobno w czasie wojny w Pińsku nie został zniszczony żaden dom. Nie wiem czy to prawda, czy półprawda i nie wiem, gdzie to przeczytałem). Domy te są w dobrym stanie, mają nowe elewacje w pasujących do charakteru budynków kolorach, a ulice są czyste. Po zapadnieciu zmroku posililiśmy się w barze prowadzonym przez dwie Polki. Piwo i suszone ryby jak zwykle smakowały znakomicie, atmosfera panująca w tym przytulnym, acz nieco tandetnym lokalu, była bardzo miła i z nieukrywanym żalem opuszczaliśmy to miejsce. Nie chcieliśmy nawet myśleć o czekającej nas nazajutrz stukilometrowej wyprawie nad Horyń. Po powrocie do hotelu przygotowaliśmy ekwipunek na następny dzień - większości rzeczy nie potrzebowaliśmy.

17 maja 2006 8:00 Pińsk
Wcześnie o poranku zdeponowaliśmy niepotrzebne rzeczy w hotelowej przechowalni bagażu (cena 20gr za dobę). Namiot nie nadawał się do użytku, zresztą planowaliśmy nocleg w hotelu w Dawidgródku. Zostawiliśmy w sumie większość rzeczy. Musieliśmy także zmienić plan podróży, gdyż jego pierwotna wersja zakładała powrót z Kalinkowicz lub nawet z Mozyrza. Nie przewidzieliśmy jednak tak złej pogody. Przecięliśmy Pinę i dość ruchliwą szosą ruszyliśmy na południe w kierunku Stolina mając po lewej bagniste brzegi Prypeci. Kilka kilometrów za Pińskiem spotkaliśmy Niemców, podróżujących po Białorusi starym VW Transporterem. Na dachu mieli niewielką, płaskodenną łódź. Okazało się, że od czasu do czasu pływają nią po poleskich rzekach. Było to bardzo miłe i niesamowite spotkanie, gdyż, mimo że znajdowaliśmy się bardzo blisko Pińska, zdawało się, że jesteśmy już poza zasięgiem jakiejkolwiek cywilizacji, a spotkaliśmy cywilizowanych ludzi z "naszego" świata. Pińsk definitywnie kończy się na północnym, wyższym brzegu, gdyż południowy wyrasta niewiele ponad poziom rzek i jest bagnisty. Ruszyliśmy dalej, by wkrótce przeciąć Prypeć. W dole podziwialiśmy stary, nieczynny już most. Pogoda psuła się powoli, a porywisty, zimny wiatr utrudniał pedałowanie. Niebawem opuściliśmy główną drogę, by we wsi Chljaby skierować się na północ w stronę miejscowości Łamieszewicze. Ten odcinek pokonaliśmy niezwykle szybko, gdyż teraz wiatr dął nam w plecy i z lekkością osiągaliśmy prędkość 35km/h. To był naprawdę przyjemny rajd, pusto, świeżo wyasfaltowaną, równą drogą. Zakończył się równie przyjemnie na trójkatnym placyku w Łamieszewiczach, gdzie znajdował się sklep spożywczy. Posililiśmy się tam gaworząc z miejscowymi o wszystkim i niczym. Po pół godzinie ruszyliśmy dalej mijając po prawej dużą cerkiew. Tutaj droga już była nieco gorsza, spękany asfalt i wiatr w twarze nie pozwolił nam już tak pędzić. Przemierzaliśmy tereny kołchozów - puste pola i równie opustoszałe wioski.

Po około 10 km ujrzeliśmy ciągnące się po horyzont rozlewiska Styru - do właściwej rzeki mieliśmy jednak jeszcze kolejne 10 km. Kiepski asfalt skończył się niespodziewanie i teraz poruszaliśmy się mozolnie po piaszczystej drodze mając po obu stronach bagno, z którego rozlegał się ogłuszający wręcz rechot milionów żab. Nie wiedzieć czemu ale most na Stryrze zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Nie wiem, dlaczego. Most był nowy, więc nie o niego chodziło. Niedaleko było coś znacznie ciekawszego niż sama budowla. Myśle, że chodziło raczej o sam fakt przekraczania rzeki z zachodu na wschód. Kojarzyły mi się z tym kampania napoleońska, Wehrmacht, armia czerwona i wojsko całego świata borykające się z trudem przekroczenia takiej przeszkody wodnej pod ostrzałem artylerii, karabinów maszynowych czy nękającego go lotnictwa... STOP! To jest kompletny off-topic. Styr praktycznie nie ma brzegów, to wielka pełna odciętych meandrów dolina, pełna błota i wody. Wszystko zarośnięte osikami, tatarakiem, wierzbami i innymi roślinami. Nierzadko widać suche kikuty martwych drzew, które, jak na ironię, nie wytrzymały nadmiaru wilgoci trawiącej ich korzenie.
Podczas gdy Lukas pompował koła, ja udałem się nieco w las w poszukiwaniu resztek starej drogi. Nadmienić należy, że szlak, na którym właśnie się znajdowaliśmy został wytyczony i zbudowany przez królową Bonę, która była właścicielką tych ziem i jej ambicją było ożywienie tego rejonu poprzez rozwój handlu. Wtedy właśnie miejscowości takie, jak Dawidgródek zaczęły odgrywać coraz większą rolę. Pojawili się żydowscy osadnicy, którzy licznie zamieszkiwali te tereny aż do II Wojny Światowej. I faktycznie. Stara droga znajdowała się niedaleko i prowadziła do cmentarzyska promów przy starej przystani. Ogromne stalowe kolosy rdzewiały smętnie stawszy się siedliskiem licznych zwierząt. Droga bez wątpienia była kiedyś brukowana. Świadczyła o tym spora ilość kamieni brukowych walających się tu i ówdzie. Być może były to stare kamienie sprzed kilkuset lat rozjeżdżone przez ciężki sprzęt, który pojawił się w XX wieku. Nie wiadomo. Dalsza droga była ciężka. Grząski, miałki piach nie jest przyjacielem rowerzysty. Zmęczeni wlekliśmy się pod sciemiającym sie z każdą minutą niebem. Zbierało się na kolejną burzę. Ba, widzieliśmy ją nawet na odległym horyzoncie. We wsi Osowcy widzieliśmy kobiety układające asfalt. Spotkaliśmy tam też jegomościa, który zaczął relacjonować swoje wojenne przeżycia. Okazał się Polakiem. Zaczepiła nas także grupka "babuszek". Życząc nam szczęścia na drogę, żegnały się - to też były Polki. Niesamowite to strony, zaiste.
Pierwsze krople deszczu spadły, kiedy wjechaliśmy do Dubaju. Schowaliśmy się przed nawałnicą na rampie towarowej sklepu. Tam rozstawiliśmy kuchenką i ugotowaliśmy ziemniaki i zupę wzbudzając uśmiech na twarzach miejscowych pijaczków, którzy także skryli się w tym miejscu przed burzą. Rozmawialiśmy z nimi bardzo długo. Pochwalili nas zna dobrą znajomość rosyjskiego i dziwili się, że w ogóle znamy ten język (!?). Do Dawidgródka pozostało jeszcze 40km, co nie napawało nas optymizmem. Było już dość późno, a my pokonaliśmy 60km w czasie znacznie przekraczającym założone normy. Ruszyliśmy. Piaszczyste drogi zamieniły się teraz w błotniste a ponadto z połnocy nacierała kolejna burza. Tej już nie mogliśmy byli uniknąć. Zabłądziliśmy. Miejscowi odradzili nam kategorycznie drogę na Orły, ponieważ była kompletnie zatopiona. Powiedzieli, że dłuższą drogą - przez Bierjeżnoje - dojedziemy szybciej, gdyż dobijemy do głównej trasy Stolin - Dawidgródek. Zastosowaliśmy się do tej rady, by już po kilkunastu kilometrach zjechać w dolinę Horynia. Droga była bardzo dobra i mieliśmy nadzieję szybko ją pokonać zważywszy, że wiatr wiał znowu w plecy i rozwijaliśmy prędkość około 25 km/h. Trzymając takie tempo, mieliśmy nadzieję dojechać do miasta w ok. godzinę. W połowie drogi zaatakowała nas jednak burza, która już od kilkudziesięciu minut biła w pobliską rzekę. Zatrzymaliśmy się na kilka minut na przystanku autobusowym, gdzie poznaliśmy chłopaka wracającego ze szkoły. Pod pachą dźwigał kilka pozycji dobrej rosyjskiej literatury: "Zbrodnia i Kara", wiersze Michaiła Lermontowa i kilka innych. Byliśmy kompletnie przemoczeni. Poprawiliśmy zabezpieczenie bagażu i ruszyliśmy dalej. Lało potwornie, ale ta straszna pogoda zdawała się dodawać nam sił i niebawem staliśmy już pod małym żółtym budyneczkiem, starego żydowskiego hoteliku, o którym dowiedziałem się z książek. Otworzyła nam starsza pani, która poczęstowała nas swoją prywatną herbatą. Hotel nie oferuje nic oprócz niesamowitej atmosfery małego, zagubionego na krańcach cywilizacji miasteczka odciętego od problemów tego świata przez nieprzebyte bagna i lasy. Jest tylko zimna woda i toaleta na dole, ale pokoje są czyste i przytulne. Nie to, co w "Prypeci" w Pinsku. Rano kropił deszcz. Postanowiliśmy pokręcić się trochę po mieście. Niedaleko znajduke się most na Horyniu, a raczej nad zakopanym korytezm rzeki. Horyń obecnie omija miasto, a dawne jego koryto przekształcone zostało w staw. Miasteczko zachowało wiele z klimatu sennej kresowej miejscowości. Nie wiedzieć czemu nie ma tu bloków, monumentalnych pomników i innych cudów radzieckiej architektury. Na południowym brzegu rzeki znajduje się łaźnia publiczna, a po skosie przez most i rzekę wzgórze zamkowe. Po zamku oczywiście nie ma już śladu. Miasteczko pełne jest starych drewnianych domków o jaskrawych kolorach z pięknie zdobionymi framugami. Domki stoją przy wąskich, błotnistych uliczkach i są niesamowicie urokliwe, a to za sprawą kolorowych ogródków je okalających tudzież ażurowych werandek i ganków; obecnie najczęściej służących za lamusy lub w inny sposób nie używanych.

<< Strona 1 Strona 3 >>