
Srokowski Stanislaw
Nienawisc
Zobacz!

18 maja 2005 8:30 Dawidgródek
Miasto założone zostało w 1100 roku przez Dawida Igorewicza; jego pomik na środku głównego placu zadziwia, gdyż nie przedstawia Lenina! W XIII w. W rękach tatarskich, w XVI stało się własnością królowej Bony, która przez 30 lat nie szczędziła sił i środków przyczyniając się do rozwoju gospodarczego okolic. W czasie II Wojny
Światowej hitlerowcy wymordowali ludność żydowską stanowiącą gros populacji miasteczka. Przy placu znajduje się bar "Poleski" oferujący dania kuchni białoruskiej. Na śniadanie zjedliśmy zupę Szczi i fasolę. Trochę to ciężkie jak na tę porę dnia, ale nie było w karcie jajecznicy czy czegoś normalnego. W centrum znajduje się klika ciekawych obiektów. Najważniejszym bodaj jest cerkiew, na murze której można znaleźć prawdziwy rarytas - tabliczkę triangulacyjną z napisem: "Punkt wysokości - Mennica Rzeczpospolitej Polskiej". Nie została zniszczona wrecz wyeksponowana jest poprzez oczyszczenie i pomalowanie srebrną farbą i wyraźnie odznacza się na czerwonym murze. Cerkiew była zamknięta, ale udało nam się porozmawiać z kościelnym, aby nas wpuścił. Za niewielką ofiarę mogliśmy dokładnie obejrzeć wnętrze świątyni i porobić zdjęcia. Jakże inne było to przyjęcie od tego, jakie spotkało nas w Pińsku ze strony polskiego księdza. Przykre. Nieopodal znajduje się również kościół katolicki, pozbawiony dzwonnicy. Obecnie mieści się w nim dom kultury. Gdy weszliśmy do środka, właśnie odbywały się w tam zajęcia taneczne dla dzieci. Pani wychowawczyni była nieco zaskoczona naszym niespodzieawanym pojawieniem się i nieco przestraszona poprosiła nas abyśmy opuścili budynek. 
Ponieważ cały czas kropiło, a Lukas nabawił się jakiejś kontuzji, która nabrała na sile, postanowiliśmy udać się do odległego o niecałe 40km Stolina autobusem. Dworzec autobusowy kompletnie odstaje od klimatu miasteczka i generalnie rozmija się z przeciętnymi wyobrażeniami o Białorusi. Jest to nowoczesny budynek z czystą i funkcjonalną poczekalnią, uprzejmą obsługą. Stanowiska odjazdu autobusów są estetyczne i dobrze utrzymane. Obok znajduje się kilka naprawdę nieźle zaopatrzonych sklepów. Płakać nam się chciało na myśl o warszawskim międzynarodowym dworcu PKS - Warszawa Zachodnia. Przy dworcu dawidgródeckim nasz stołeczny to po prostu III albo nawet IV świat. Autobus ruszył. Wśród pasażerów poznaliśmy chłopaka z przystanku autobusowego, poznaliśmy też dwóch sympatycznych typków spod ciemnej gwiazdy ze szramami na twarzach.
14:00 Stolin
Stolin to dość ciekawe miejsce. Autobus zatrzymał się za miastem, koło obskórnego bazaru. Tym, co od razu rzuca się w oczy, a raczej w uszy jest to, że ludzie tutejsi mówią wyraźnie inaczej niż mieszkańcy Pińska. Ich mowa jest bardziej
"ukraińska" trochę zbliżona do gwary podlasia. Ruszyliśmy w kierunku centrum ulicą 17 września (sic!) by natknąć się na ruiny synagogi. Stoją ponure, pozbawione dachu świadcząc o niedwracalnych zmianach, jakie zaszły na tych terenach podczas ostatniej wojny. Społeczność, która była solą tej ziemi zniknęła nagle i w przerażających okolicznościach. Wewnątrz, przy pustych otworach okiennych i filarach zachowały się zblakłe resztki polichromii. Udaliśmy się do pobliskiego baru "Słowiańskiego", aby pokrzepić się pierożkami (przepyszne - polecamy) i piwem. Wewnątrz panował gwar, jak widać w porze obiadu bar nie narzeka na brak klienteli. Po obiedzie ruszyliśmy główną ulicą w celu odnalezienia dawnego majątku Radziwiłłów - Mankiewicz. Obecnie jest to przepiękny park miejski. Po neogotyckim pałacu, który uległ doszczętnemu zniszczeniu podczas działań wojennych nie ma nawet śladu. Pozostał tylko wiekowy dąb, który widziałem na przedwojennych zdjęciach. Wychodząc na skraj parku, można podziwiać przepiękną dolinę rzeki Horyń. Zaczęło padać, więc postanowiliśmy wrócić do miasta. Po drodze zostaliśmy zagadnięci przez ludzi oczekujących na autobus. Powiedzieli nam, że na północy znajduje się polski cmentarz. Trudno do niego dotrzeć, albowiem wszystkie drogi doń prowadzące zostały dawno temu zaorane i obecnie cmentarz istnieje właściwie po środku pól kołchozu jako kępa drzew.
Zabrało nam około godziny, aby dotrzeć do celu. Nekropolia jest zarośnięta i ponura, została zdewastowana "przez nieznanych sprawców" w latach sześćdziesiątych. Gdzieniegdzie można odczytać nazwiska i daty na porośniętych mchem, lub zapadniętych w ziemię nagrobkach. Pokręciliśmy się nieco po tym żałosnym świadectwie polskości w Stolinie i ruszyliśmy przez pola w kierunku brukowanej drogi prowadzącej do dworca autobusowego. Tam porozmawialiśmy z właścicielem małego sklepiku z częściami samochodowymi i olejami. Powiedział, że 90% towaru przywozi z Polski - oleje, smary, drobne części zamienne... Zaczęło porządnie padać. Czas, który pozostał nam do odjazdu spędziliśmy w małym barku nieopodal dworca i kiedy w marzeniach już nastawiliśmy się na podróż starym rozklekotanym "Progressem", jakich kilka stało na placu, na stanowisko podjechał nowiusieńki, klimatyzowany mikrobus Mercedes, który szybko dowiózł nas do Dawidgródka.
18:00 Dawidgródek
Dalsze nasze plany uzależniliśmy od pogody: Jeśli się wypogodzi spokojnie, nie forsując się jedziemy do Pińska rowerami przez Stolin (krócej i po asfalcie). Jeśli nie, bierzemy autobus, jeśli w Pińsku nadal nie będzie widoków na poprawę pogody, pozbawieni namiotu, z bolącym kolanem Lukasa, zmuszeni będziemy do rejterady. Trudno. Szkoda.
19 maja 2006 10:00 Pińsk
A jednak autobus - od rana wręcz leje. Dojechaliśmy do Pińska około 10:00. Pojazd zatrzymał się przy dwrocu kolejowym. Odziani w płaszcze przeciwdeszczowe ruszyliśmy w strugach deszczu do hotelu po rzeczy a potem spowrotem, w celu
odnalezienia domu Ryszarda Kapuścińskiego oraz dawnego więzienia Gestapo. Jechało się fatalnie. Dziurawe jezdnie Pińska pełne były kałuż. Wyprzedzające nas samochody wyciskały z nich strugi brudnej wody, która nie raz oblała nas od stóp do głów. Po kilkunastu minutach jazdy staliśmy już pod budynkiem przy ulicy Suworowa (d. Błotnej), gdzie urodził się nasz wielki podróżnik i reporter - Ryszard Kapuściński. Nie omieszkaliśmy zrobić sobie tam kilku banalnych pamiątkowych zdjęć. Ruszyliśmy w stronę dawnego więzienia. Nie było tu niestety nic szczególnego. Mieści się tam obecnie jakiś nędzny zakład przemysłowy czy fabryczka. Teren jest zamknięty i niedostępny. Nie ma żadnej tablicy upamiętniającej ofiary faszyzmu, albo nie potrafiliśmy znaleźć tejże. Postanowiliśmy udać się na dworzec i pociągiem dostać się do Brześcia. Sprawdziliśmy bowiem wcześniej, że niebawem przejeżdża "diesel" z Homla, który weźmie nas z rowerami. Niestety okazało się, że w tym dniu kurs był odwołany, a następny pociąg to pośpieszny z Moskwy dopiero po 18:00. Gdy tak staliśmy przed budynkiem moknąc, podszedł do nas chudy mężczyzna pytając, czy może w czymś pomóc.
Okazał się taksówkarzem, który zaoferował się dowieźć nas do Brześcia za równowartość 150 zł.To była dobra cena, zważywszy, że mieliśmy pełno niepotrzebnych w tych okolicznościach rubli. Kierowca pędził jak szalony rozprawiając o życiu na Białorusi i po niecałych 2 godzinach staliśmy już na peronie stacji Brest Central. Pociąg do Polski odchodził za godzinę. Lukas poprosił celników, aby z uwagi na kłopotliwy bagaż, jakim niewątpliwie były objuczone rowery, odprawili nas poza kolejnością bez zbędnych formalności tak, abyśmy mogli sprawnie wnieść rowery do wagonu nie przeszkadzając nieprzebranym tłumom "mrówek". Argumentacja Lukasa okazała się dobra, gdyż urzędnicy przystali na tę propozycję. Niebawem przekroczyliśmy graniczną rzekę. Podczas tej krótkiej jazdy jeszcze raz przekonaliśmy się o różnicach, jakie dzielą Polaków i Białorusinów. O ile białoruska straż graniczna i służby celne były dla nas pomocne i uprzejme, o tyle stosunek naszej straży granicznej do "mrówek" pozostawiał wiele do życzenia, więc wstrzymam się tu od komentarza.
Mieliśmy szczęście. Pociąg Terespol - Warszawa właśnie stał na peronie. Przed nami kilka godzin jazdy "Elektrycznym Zespołem Trakcyjnym". Gdy o północy wysiadaliśmy na dworcu w Warszawie analizując w myślach wszystkie drobne niedogodności i przygody, które nas spotkały, trudno było uwierzyć, że jeszcze tego samego dnia rano byliśmy w małym hoteliku w Dawidgródku, pośród Pińskich Błot, gdzieś na kresach przedwojennych Kresów.
K O N I E C