O nas | Aktualnosci | Regulamin
Newsletter | Wyprawa
Brasław | Baranowicze | Dubno | Zwierzyniec | Dawidgródek | Wolczyn/Kamieniec Litewski
radzima.org | poehali.net | realbiker.ru | Rzeczpospolita.com | ski-team.pl | Sklep Podróznika
Sasza | Frołek | Dzidka
Bialorus jako taka
Forum Jürjüszi | Forum rowerowe poehali.net | Forum turystyczne poehali.net
III Wiosenny Rajd Jürjüszi | IV Jesienny Rajd Jürjüszi

02 lipca 2003 6:00 - Pomiechówek
Pogoda jest fatalna. Pada od samego rana, na szczęście jest ciepło. W końcu mamy lipiec u diaska! Samochód, którym się poruszamy - 17 letnie Renault 11 - nie znosi takiej pogody i odmawia kooperacji już po przejechaniu kilkunastu kilometrów. Mamy kłopot z zapłonem. W Serocku na stacji benzynowej udaje nam się osuszyć kable zapłonowe i moduł więc jakoś jedziemy dalej. Na szczęście koło 9-tej zaczęło się przejaśniać i pogoda radylanie poprawiła się. Zrobiło się ciepło i słonecznie. Koło 11-tej stej byliśmy już na granicy w Połowcach. Przed nami nie było wielu oczekujących, ale i tak zeszło nam ok. 2 godziny. Musiliśmy wypełnić mnóstwo dokumentów oraz odpowiedzieć na setki pytań zadawanych przez celników. Powód - turniej rycerski w Nieświeżu - dodatkowo rozpalał ciekawość celników i pogranczników, którzy byli przekonani, że skoro jedziemy na turniej to zamierzamy walczyć, a więc pewnie wwozimy jakieś miecze, topory, kusze i. t. p.
Po przekroczniu granicy zatrzymaliśmy się po jej drugiej stronie. Przejście to wyglądało jak rodem z ZSRR. Drewniany szlaban przywiązany był na sznuku i zamknięty z niewiadomych przyczyn. Obok stał pogranicznik w niedbale rozpiętym mundurze i czapce przesuniętej daleko do tyłu. Palił papierosa. Choć po polskiej stronie na wjazd nie było nikogo, tu, po stronie białoruskiej, ciągnęła sie ogromna kolejka. Od dwóch łysych typków w wypasionym Terrano dowiedziłem się, że stoją tu już siedem godzin. Powrotną drogę zaplanowaliśmy więc przez Brześć. Po wykupieniu ubezpieczeń ruszyliśmy na Wysokie Litewskie i dalej starą drogą na Słonim przez Prużanę i Różanę.

02 lipca 2003 13:00 - Prużana
Mieliśmy tu odnaleźć dawny majątek naszej koleżanki - nieźle ponoć zachowany majątek Szwykowskich z parkiem krajobrazowym, stawami... Niestety miasto jest tak okrutnie zdewastowane i rozkopane, że zapragnęliśmy czym prędzej je opuścić i nie zatrzymywać się w nim ani na sekundę. Ponadto kończyło się paliwo a nie widzieliśmy w okolicy żadnej cywilizowanej stacji benzynowej. Za prużaną zatrzymaliśmy sie na parkignu na krótki popas. Zdziwiła nas panująca na nim czystość. Wszysko odmalowane, świeże i zadbane. Jakieś ludowe rzeźby, sówki, wiewiórki i bobry; totemy jakby... Niebawem mieliśmy poznać odpowiedź dlaczego na Białorusi panuje taki porządek. Wiem, że wielu z czytających tę relację przyjmuje te informacje z niedowierzaniem, ale tak właśnie jest. Nie ma walających się wszędzie odpadków i śmieci. Nie ma. Po prostu nie ma!
Jak zbawienie oczom naszym ukazała się w końcu stacja benzynowa. Był to budynek, czy "coś" raczej, co wymaga szerszego opisu. Podjechaliśmy zatem w pobliże wielkiego żelaznego "czegoś", co wyglądało jak gigantyczny dystrybutor. Miał ok 100 m kw. podstawy i wysoki był na ok 2 metry. Z każdego rogu wystawały węże z których nalewano paliwo. Dwa z nich - z bezołowiową benzyną 95 okatnów i bezołowiową 98-ką - były nieczynne. Raczej od dawna. Była tylko ropa i etylina 92. Na szcęście nasza Renata to stary poczciwy gaźnikowiec bez katalizatora, który pojedzie na wszystkim, łącznie z rozpuszczalnikiem. Niestety nie mogliśmy sami obsłużyć urządzenia, gdyż węże nie miały na koncu pistoletów!!! Podszedłem do kasy. Za 40 litrów benzyny zapłaciłem ok. 45 zł. Z budki wytoczyła się tęga kobieta wyglądająca jak Horpyna z "Ogniem i Mieczem". Podeszła do naszgo pojazdu i wraziła gumowy wąż w otwór wlewu paliwa. Następnie wyciągnęła z kieszeni fartucha żeliwny kran i za jego pomocą odkręciła zawór. To było niesamowite.
02 lipca 2003 14:00 - Różana
Majestatyczne ruiny pałacu Sapiehów widać było już z daleka, więc nie sprawiło nam większych trudności zlokalizowanie zabytku i dokładne przyjrzenie się temu smętnemu świadectwu dawnej świetności rodu, jak i Rzeczpospolitej w ogóle. Zaparkowaliśmy pod samą bramą wjazdową. Bez trudu można na niej dostrzec resztki wykwintnych zdobień, kartusz herbowy (obecnie herb jest zatarty) oraz wyobrazić sobie, jak wyglądała rezydencja za czasów jej świetności. Niegdyś brama wraz z przyleającymi do niej budynkami była połączona z arkadami i głównym pałacem (w głębi). Obecnie jest to ruina. Widzieliśmy pasące się na jego terenie owce i kozy. Zgłębi pałacu dochodziły odgłosy popołudniowej mocno zakapianej sjesty, toteż woleliśmy nie zapuszczać się do wnętrza starej budowli.
Spędziliśmy tu dobre kilkadzisiąt minut rozmyślając, podziwiając i fotografując wszystkie szczegóły. Kto wie, czy jeszcze kiedykolwiek tu wrócimy. Kto wie, czy jakimś dekretem, czy innym rozkazem resztki pałacu nie zostaną obrócone w perzynę?
Pocieszającym jedynie może być fakt, że pałac ucierpiał nie na skutek bezmyślnych dewastacji, lecz już dawno temu. Pałac został opuszczony już w czasie rozbiorów, a po powtaniu styczniowym, kiedy majątek ów został skonfiskowany przez cara mieściła się tu fabryka włókiennicza. Pałac ostatecznie znisczono podczas działań wojennych w 1944 r. Pałac został wybudowany na początku XVII w. przez Lwa Sapiehę i pozostawał w rękach tego rodu do 1831 roku, W roku 1716 gościł tu Władysław Waza w drodze na Moskwę. Pałac został opuszczony przez jego mieszkańców w 1698 roku w wyniku zniszczeń (walki z skonfederowaną szlachtą) Odbudowany został przez Kanclerza Litewskiego ks. Aleksandra Sapiehę w roku 1788.

02 lipca 2003 18:00 Baranowicze

Barananowicze to brzydkie miasto. W centrum można spotkać resztki dawnej, polskiej, przedwojennej zabudowy, jednakże pomiędzy te budynki wciśnięto pomniki architektury socrealistycznej, które wszystko doskonale psują. Ulice nierówne i dziurawe. Sporo z nich to jeszcze stary bruk. W centrum oczywiście znajduje się Plac Lenina z ogromnym, topornie wykonanym pomnikiem. Na rogu ulic Komsomolskiej i Sowieckiej miesci się w ohydnym szarym bloku najlepszy w miescie hotel "Horyzont" w którym zatrzymalismy się. Pobliski hotel "Komosomolski" oferował świetnie wyposażone solarium oraz studio tatuażu i piercingu.
Restauracja hotelowa była w remoncie, toteż musieliśmy udać się "w miasto" aby coś przekąsić. Niestety nie udało nam się znaleźć żadnego przyjemnego lokalu oferującego przysmaki lokalnej kuchni. Jedyną restauracją w pobliżu była pizzeria przygotowująca naprawdę smaczną pizze za śmieszne pieniądze. 2 duże pizze i 4 piwa kosztowały 18 zł. Gdy spytaliśmy dlaczego nie mają żadnej z wymienionych w karcie potraw białoruskich, kelnerka odpowiedziała, że nie mają, bo jeśli kogoś wogóle stać na to, aby tu przyjść, to na pewno nie będzie zamawiał tego, co może sobie bez trudu zrobić sam w domu. Miała rację - wyglądaliśmy na jedynych, którzy przychodząc tu mieli ochotę na coś innego niż pizza...
Wieczór spędziliśmy w kasynie, gdzie obserwowaliśmy lokalnych rzezimieszków grających w ruletke. Popijaliśmy przy tym ciepłe piwo, gdyż w poprzednim tygodniu zepsuła się lodówka i do tego czasu jeszcze nie naprawili. Następnego dnia mieliśmy w planach wyjazd do Nieświeża.

03 lipca 2003 Baranowicze 8:00
Poranek przywitał nas pięknym słońcem. Nic dziwnego - 3 lipca to najważniejsze święto - Dzień Republiki. W telewizji obejrzeliśmy relację z defilady w Mińsku z udziałem prezydenta Łukaszenki. Przyznać trzeba, że poziom wyszkolenia kompanii reprezentacyjnej białoruskich wojsk jest imponujący. Zjechaliśmy na dół na śniadanie. Zatrzymać się jednak muszę przy temacie windy w hotelu Horizont. Urządzenie to, ciemne i ciasne, wyposażone jest w niezwykły system guzików. Po dojechaniu na piętro czarny ebonitowy przycisk po prostu wystrzeliwuje z trzaskiem. Jednocześnie kabina zatrzymuje się tak gwałtownie, że uginają się kolana. Do tego stopnia, że za pierwszym razem o mało się nie wywróciliśmy. Po śniadaniu zasięgnęliśmy rady, jak dostać się najłatwiej do Nieświeża. Powiedziano nam, że jak pójdziemy główną ulicą bez trudu znajdziemy dworzec kolejowy, a obok autobusowy. Tak... ale znajdowaliśmy się akurat na skrzyżowaniu dwóch głównych ulic i oczywiście wybraliśmy nie tę, co trzeba. Po długim marszu, owszem, znaliźliśmy się na dworcu kolejowym, ale innym (w Baranowiczach są dwa) skąd wzięliśmy autobus :) Ot takie małe zamieszanie, ale waro było - po drodze, idąc przez wiadukt kolejowy, widzieliśmy jak od starego VW Transportera odpadło w czasie jazdy koło i jakiś metalowy element przeleciał ze świstem koło naszych głów by po chwili spaść na torowisko poniżej.
Autobusem miejskim dostaliśmy się wkrótce na dworzec autobusowy. Stały tam stare, zdezelowane autobusy - właśnie takim chcieliśmy jechać. Kupiliśmy bilety, a ponieważ mialiśmy jeszcze ok. godzimy do odjazdu, w pobliskim ogródku piwnym pokrzepiliśmy się rosyjskim piwem i suszoną rybą.
W autobusie panował niemiłosierny tłok. Miesca były numerowane od 1 do 43. Nasze bilety miały numbery 159 i 160... Autobus jechał do Nieświeża ok. godziny.Po drodze ktoś zemdlał i trzeba było się zatrzymać. Uprzejmy kierowca zabierał wszystkich autostopowiczów potęgując ścisk. Ludzie jednak byli weseli - wszyscy chcieli zobaczyć turniej.

Nieśwież 14:30
Autobus zatrzymał się na małym placyku w pobliżu dworca. Tu dowiedzieliśmy się od naszego kierowcy, że ten autobus, którym przyjechaliśmy, a który za 15 minut odjeżdża, jest ostatnim dzisiaj autobusem do Baranowicz. Trudno. Postanowiliśmy się tym nie przejmować i wraz z licznym tłumem ruszyliśmy w kierunku zamku Radziwiłłów, gdzie odbywał się turniej rycerski i różne mniej lub bardziej wyszukane pokazy. Stwierdziliśmy bowiem, że musi być jakiś inny sposób na powrót do Baranowicz, choćby auto-stop - bardzo popularny tutaj sposób podróżowania. Jazda okazją jest na tyle przyjętym zwyczajem, że nierzadko kierowcy zatrzymują się sami widząc człowieka idącego poboczem szosy.

c.d.n.