
Srokowski Stanislaw
Nienawisc
Zobacz!


Tej wyprawy miało w zasadzie wogóle nie być. Ot chcieliśmy tak naprawdę podskoczyć na parę dni do Dubna, ale jakoś tak się stało, że 2 dni przed wyjazdem (we czwartek) stwierdziliśmy, że przecież nie ma problemu z zdobyciu białoruskiej wizy na poniedziałek rano, a więc...
22 sierpnia 2005 9:00 Pomiechówek
Ruszamy skoro świt do Dubna. Tam zostawiamy samochód i udajemy się już a rowerach do stacji kolejowej Czeremcha, gdzie czekać na nas będzie szynobus, który zawiezie nas do Oberowszczyzny - maleńkiej miejscowości kilka kilometrów od Wysokiego Litewskiego. Jedziemy samochodem i po drodze omawiamy plan, bo jak już wspomiałem tej wycieczki miało nie być - nie było planu. Trasa ma przebiegać mniej więcej tak: Oberowszczyzna - Wysokie Litewskie - Wołczyn - Hremiacze - Kamieniec Litewski - Oberowszczyzna. Gdzie noclegi? Nie wiadomo. Gdzie popadnie!
12:00 Dubno
W Dubnie zostaliśmy powitani niezwykle serdecznie. Poczęstowano nas lokalnym trunkiem i podano pyszny obiad. Nie mogliśmuy jednak tam zbyt długo zabawić, gdyż szynobus z Czeremchy nie mógł raczej na nas czekać, a koniecznie chciliśmy jeszcze odwiedzić sklep w Nurcu. W GS-ie natknęliśmy się na naszych znajmoych, toteż kupiliśmy piwo także i dla nich. Spędziliśmy na pogawędce jakieś pół godziny i ruszyliśmy w dalszą drogę poprzez Mołoczki, Dasze, Żuki do Czeremchy. Upał dawał się we znaki. Jak na koniec sierpnia było potwornie gorąco - niejedn pomarzyłby o takiej pogodzie podczas wakacji.
16:00 Czeremcha - Wysoko-Litowsk (Oberowszczyzna)
Mając jeszcze trochę czasu, przekąsiliśmy dość smaczny posiłek w dworcowym barze. Stacja w Czeremsze nie należy do szczególnie ciekawych, jednakże interesująco prezentował się stary, opuszczony terminal towarowy, który kwitł pewnie jeszcze w czasach przyjaźni polsko-radzieckiej.
Szynobus ruszył punktualnie o 17:03. Był to przedziwny wehikuł, którego kierowca zmieniał biegi jak w normalnym autobusie. Polscy pogranicznicy przeprowadzali w ciszy kontrolę paszportową. Zdziwiła ich nieco nasza obecność.
Niebawem przekroczyliśmy nieco zaniedbany i miejscami zarośnięty pas graniczny i pojazd zatrzymał się aby wysadzić naszych. W tym samym momencie białoruskie handlarki bez skrępowania pootwierały sobie puszeczki z piwkiem i już po chwili cała kabina wypełniła się tytoniowym dymem. Pojazd ruszył ponownie. Tym razem znajdowaliśmy się już na terenie Republiki Białorusi. Po minięciu lasu oczom naszym ukazał się szeroki pas świeżo zaoranej ziemi oddzielony od ściany lasu zasiekami z drutu kolczastego. Pociąg zwolnił. Minęliśmy stare, nieużywane, radzieckie urządzenia kontrolne - jakieś podnośniki, bramki, słupki i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. O 17:20 (18:20 czasu białoruskiego) szynobus zatrzymał się na stacji Gola. W pobliżu maleńkiego przedwojennego budynku, stał zaparkowany wojskowy Jeep (tak, Willis, nie UAZ), obok żołnierze palili papierosy.
Ten budyneczek, będący przed woją prawdopodobnie górką rozrządową, a może małą stacyjką bardzo mnie zafascynował. Spędziłem wiele godzin w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o miejscowości Gola i rzekomym dworcu kolejowym. Niczego takiego nie znalazłem. Być może sama miejscowowść powstała już w ZSRR, albo przed wojną nazywała się inaczej, albo po prostu zupełnie nie miała znaczenia.
Żołnierze wraz z celnikiem wsiedli do pociągu i rozpoczęli kontrolę paszportową, która przebiegała bardzo sprawnie, tak, że już po 10 minutach wysiadaliśmy na dworcu w Wysoko - Litowsku (Oberowszczyzna), gdzie Frołek nabywa ruble u przypadkowej osoby na peronie. Ruszamy spiesznie w kierunku Wołczyna przez Wysokie Litewskie.
18:30 Wysokie Litewskie
Miasteczko jest ohydne, brudne i smutne. Zatrzymujemy się przy obskurnym sklepie, gdzie pokrzepiamy się zimnym kwasem chlebowym z beczki. W dalszej części miasta spędzamy nieco czasu na przyjrzeniu się zdewastowanemu pałacowi Potockich. Zaniedbany budynek budzi niemiłe odczucia. O ile nad stanem budynków zniszczonych, czy dewastowanych od 1939 roku przechodzimy już w pewien sposób do porządku dziennego, o tyle pałac w Wysokiem
zasmuca inaczej, gdyż jeszcze do niedawna mieściła się tam szkoła. Budynek był więc ogrzewany i w jakiś sposób konserwowany - mógł być więc utzrymany we w miarę dobrym stanie, tak jak zamieniony na szpital pałac Tyzenhauzów w Postawach. Obecnie pałac stoi pusty i ponury, choć na bramie wjazdowej widnieje napis iż zabytek ten znajduje się pod opieką ministerstwa kultury republiki Białorusi... Nie mamy niestety wiele czasu, gdyż zachodzące słońce przypomina nam o konieczności co rychlejszego dotarcia do Wołczyna i znalezieniu tam jakiegokolwieg noclegu. Musimy więc darować sobie spacer po starym parku. Robimy kilka zdjęć fasady budynku od strony podjazdu, rzucamy okiem na ocalałe zabudowania gospodarcze i zaglądamy również na tyły. Tam niestety znajdowały się jakieś ogrodzenia, gruz i śmieci. Nie mieliśmy tu już więc czego szukać. Wskoczyliśmy na rowery i ruszyliśmy na południe.
19:20 Wołczyn
Nie spodziewałem się, że Wołczyn jest taki duży. Droga opada powoli w dolinę Pulwy więc całkiem spory odcinek jedziemy nie pedałując. Ruiny Kościoła w którym pochowany był ostatni nasz król odnajdujemy bez trudu. Stoją posępne na zarośniętm chwastami placu przy głównej drodze przez wieś. Zatrzymujemy się i podchodzimy do pozbawionego dachu i zamkniętego na kłódkę budynku. Proponuję porównać poniższe zdjęcia.
Górne zdjęcie jest niewiadomego pochodzenia ale wykonane z pewnością już za czasów radzieckich i chyba stosunkowo niedawno. Kościół posiada jeszcze dach i dzwonnicę. Ten czerwony kolor na murze to cegły, które widać po odpadnięciu tynków. Wewnątrz budynku znajdowała się przechowalnia nawozów i innych chemikaliów. Składowane pod ścianami spowodowały zawilgocenie i zagrzybienie murów. Celnik w Wysoko-Litowsku mówił mi, że były nawet plany renowacji zabytku, na którą przeznaczono sporą sumę pieniędzy. Okazało się jednak, że stan fundamentów nie pozwala na przeprowadzenie żadnych prac. Budynek jest zatem skazany na zagładę. Poniżej wygląd świątyni obecnie. Trudno o jakikolwiek komentarz. Należy jednak wspomnieć, że w gruncie rzeczy bardzo niewielu naszych rodaków wie czym jest ten kościół i niestety, dla wielu los jego jest zupełnie obojętny. Nie wiem, czy i kiedy będziemy ponownie w Wołczynie, ale obawiam się, że następnm razem zastaniemy tam już jedynie kupę gruzu. Trumna ze zwłokami Stanisława Augusta Poniatowskiego została zniszczona, a szczątki rozwleczone w okolicy. Kto wie, może na tym trawniku, tu pod naszymi stopami...
Zaczęło się wyraźnie ściemniać ruszyliśmy więc dalej na południe w kierunku Pulwy. Nad rzeką odkryliśmy stary młyn. Chcieliśmy nawet w nim przenocować, ale orzekliśmy, że znajduje się za blisko wsi i możemy ściągnąć na siebie zbyt dużo uwagi. Znajdowaliśmy się raptem 5 km od granicy w strefie przygranicznej i nie byliśmy do końca pewni, czy nie naruszamy jakiegoś przepisu (na pewno tak). Postanowaliśmy koczować pod lasem, a młyn obejrzeć rano przed wyjazdem do Kamieńca. Obóz rozbiliśmy w niesamowitym miejscu - pod lasem na wzniesieniu terenu na południowym brzegu Pulwy, jednakże od doliny oddzieleni byliśmy kępą drzew, tak że namiot nasz był zupełnie niewidoczny. Bliskość lasu nie pozwoliła nam na rozpalenie ogniska, toteż przygotowaliśmy pyszną strawę na butli. Noc była sucha, ale chłodna.
23 sierpnie 2005 8:30 Wołczyn
Po niezbyt obfitym śniadaniu zebraliśmy obozowisko i udaliśmy się w kierunku sklepu, który widzieliśmy poprzedniego dnia. Obok znajdowała się poczta - stary carski budyneczek. Podszedłem tam i wysłałem kartkę pocztową do Warszawy. "Ciekawe kiedy dojdzie?" - myślałem. Doszła bardzo szybko - po 3 dniach. Przy sklepie znajdował się też stary kamienny spichlerz - obecnie pewnie magazyn. Był zamknięty na kłódkę. Pyszne białoruskie piwo smakowało z rana jak napój bogów. Zrobiliśmy niezbędne zakupy na drogę, Białomory, pomarudziliśmy trochę i pojechaliśmy obejrzeć stary młyn. Wewnątrz wszystko było zdewastowane, aczkolwiek cała drewniana konstrukcja wydawała się nadzwyczaj zdrowa. Udało nam się wprawić w ruch napęd żaren. Żarna niestety walały się na zewnątrz przy drodze. Pozostaje pytanie, kiedy zamknięto ten młyn? Wygląda na to, że całkiem niedawno. Świadczyć o tym mógłby dobry stan łożysk urządzeń i resztki instalacji elektrycznej w dość dobrym stanie.
Wkrótce ruszyliśmy na południe. Przez Hremiacze, skrótami przez pola kołchozów zamierzaliśmy dotrzeć do głównej drogi wiodącej z Brześcia do Kamieńca Litewskiego. Wiem, wiem - jedziemy w przeciwnym kierunku, ale to nie ma znaczenia, gdyż za bardzo nie ma teraz wyboru. Bardzo żałuję, ale nie mogliśmy obejrzeć dworu Puzynów w Hremiaczach, o którym dowiedzieliśmy się później, że jest właśnie remontowany. Byliśmy tak potwornie głodni, że ani nam w głowie było szukanie budynku. Jedząc kaszę romawialiśmy z miejscowym. Polakiem. Jego cała rodzina wyjechała do Gdyni i na Węgry (!). On został.
Po posiłku ruszyliśmy dalej przez pola kukurydzy. Sięgały po horyzont w każdą stronę!!! Nigdy nie widziałem takich pól. Kto to zje? Po drodze posilaliśmy się dzikimi leśnymi jabłkami. Nie napotkaliśmy żadnej większej wsi czy sklepu. W końcu dotarliśmy do jakiejś szosy . Okazało się jednak, że to nie ta. Fragment mapy, którą posiadaliśmy pochodził z 1959 roku i trochę się jednak w okolicy zminiło.
Ruszyliśmy teraz dalej na wschód nową asfaltową drogą, która biegła prosto aż do horyzontu pnąc się delikatnie w górę ku majaczący na horyzoncie ciemnym plamom, które wzięliśmy za drzewa czy jakieś budowle. Po lewej i prawej stronie ciąnęły sie zaorane, brunatne, puste pola. Zamierzaliśmy zatrzymać się w sklepie we wsi i napić się wreszcie zimnego piwa. Woda już się kończyła i mimo porywistego wiatru, który nota bene znakomicie utrudniał nam jazdę, słońce dawało nam się we znaki. Tajemnicze ciemne plamy przybierały coraz wyraźniejszy kształt i okazały się być jakimiś zabudowaniami. "Co to jest? Wygląda jak jakaś gotycka wieża..." - mruknął Frołek. Tak nazwaliśmy zatem ten obiekt, który zbliżał się i zbliżał. Niepokoiło mnie jednak to, że wskazanie komasu naszego kierunku jazdy nijak się miało do jakijkolwiek drogi zaznaczonej na mapie.
A potem nadeszło gorzkie rozczarowanie. Już nie chodzi o to, że "Gotycka Wieża" okazała się wielkim, gigantycznym silosem, bo wiedzielśmy, że jedyną wieżą w okolicy jest Biała Wieża w Kamieńcu. Nie chodzi też o to, że dojechaliśmy do zupełnie innej wsi, niż zamierzaliśmy, gdyż droga którą jechaliśmy nie istniała w 1959 i została zbudowana wzdłuż linii elektrycznej (zazanaczonej) więc jakbyśmy chwilę pomyśleli, to nie daliśmy się tak zrobić. Najgorsze było to, że we wsi Cupruki nie było sklepu. Ludzi też nie było. Staliśmy jak ciołki na szczycie wzgórza, wiatr wiał niemiłosiernie, nie było wody, piwa, dalsza droga na wprost wiodła po grząskim piachu pod góre przez teren kołchozu z "Gotycką Wieżą" - no dramat.
Cóż było robić. Po ok pół godzinie kręcenia po piachu opuściliśmy kołchoz i omijając szlaban wyjechaliśmy na drogę, której szukaliśmy, po chwil znaleźliśmy się w większej wsi ze sklepem. Pomimo iż wyjechaliśmy z Wołczyna jakieś 4 godziny temu, czuliśmy się zmęczeni. Odpoczęliśmy zatem jakieś pół godzinki i ruszyliśmy dalej. Przed nami była jeszcze dość długa droga, i niestety nie była ona usłana różami lecz dronym białym szutrem. Teren był pagórkowaty, a wsie które mijaliśmy opuszczone i wyludnione. Prawdopodobnie ich mieszkańcy przenieśli się do Brześcia, który był bardzo blisko i napewno dawał większe perspektywy niż małe wioseczki złożone z kilku bieda-domków. Przejechaliśmy tak ze 20 km i nie natjnęliśmy się na żywego człowieka, dochodziła już 14:00 - czas był najwyższy aby zjeść jakiś obiad i zrobić dłuższy, naprawdę dłuższy popas, a tu nic. Głucho, cicho i pusto. Na lewo i prawo rozciągały się bezkresne łąki poprzecinane małymi strumieniami - było pięknie, ale cóż z tego.
Niespodziewanie pojawił się asfalt. Mocniej nacisnęliśmy na pedały, buż po chwili cieczyć się z odpoczynku w bardzo ciekawym miejscu.
We wsi znajdował się sklep zbudowany ze starego wagonu. Oferował naprawdę spory wybór produktów - kilka rodzajów kiełbasy, różnorakie ciasteczka, kilka rodzajów pieczywa. Poprosiliśmy o piwo i tu nastąpiło zaskoczenie: "Iz chołodzielnika ili niet?". Przyznać muszę, że warte to było wszystkich trudów dzisiejszego dnia, nawet tych, które były dopiero przed nami. O ile nigdy nie narzekaliśmy na zaopatrzenie białoruskich wiejakich sklepików, o tyle brak zimnego piwa z lodówki był sparwą najczęściej przez nas dyskutowaną. Piwo było zawsze chłodne, czasem wręcz ciepłe, a tu dostaliśmy 4 butelki "Biełowieżskogo" zimnych jak lód. Pani była bardzo zainteresowana naszą wycieczką i wciskała nam wszystko, co miała w sklepie- czekoladę, ciasteczka, chleb, cukierki, zapałki Wszystko. Spędziliśmy tam około godziny i raźno ruszyliśmy w stronę Kamieńca.
Kamieniec Litewski 17:40
Nie będę wiele pisał o Kamieńcu. Jest to na tyle dobrze znana miejscowość, że nie czuję się w obowiązku jej opisywać. Biała Wieża to budowla, której słynna Puszcza Białowieska zawdzięcza swoją nazwę. Wieża nie jest biała, tylko czerwona, gdyż zistała zrekonstruowana z gruzów. Biała była dawno temu kiedy stawaiła dzielny opór najeźdźcom tatarskim.
Zgodnie z formułą Jürjüszi.net muszę natomiast wspomieć o dziwnym poruszeniu, jakie zaobserwowaliśmy w mieście. Zauważyliśmy całe brygady różnej maści robotników pracujących przy pielęgnowaniou zieleni miejskiej, przycinaniu drzew, malowaniu pasów, krawężników. Raźno pracowały brygady tynkarksie odnawiając elewacje budynków. Co się dzieje? Czy to na nasze powitanie? Niestety nie. Okazało się bowiem, jak opowiedział nam jeden z zaczepionych murarzy, że niedługo odbędą się dni pisarstwa i może się tak zdarzyć że sam prezydent odwiedzi miasto. W pobliżu wieży znajdowała się studni, przu której moża było się umyć po całodniowej jeździe. Wypaliliśmy po Biełomorku i, ponieważ już się robiło ciemno, ruszyliśmy w kierunku Wysokiego Litewskiego. Po drodze chcieliśmy kupić coś na śniadanie.