
Srokowski Stanislaw
Nienawisc
Zobacz!


Z góry przepraszamy za małą ilość zdjęći ich braki w tym materiale. Nie było jeszcze aparatów cyfrowych i odbitki gdzieś się zapodziały. Kiedy tylko się znajdą, wypełnimy ni puste pola.
14 maja 2002 - Spotkanie w barze "Kogut"
Już po kilku sekundach rozmowy okazało się, że Miłosz nie może wyjechać w dniu, w którym planowaliśmy rozpocząć wyprawę czyli 23 maja. Z powodu jakiegoś bliżej niokreślonego zjazdu, zlotu, czy innego wydarzenia jego przygoda mogła ropocząć się dopero 26 maja. Trudno. Rafał zatem sam będzie musiał dojechać wozem technicznym do Wilna co więcej musi zawieźć tam rower Miłosza i zostawić go w przechowalni bagażu na dworcu autobusowym. My zaś musimy dostarczyć nasze manele do południa 23 maja. W sumie spowodowało to drobne komplikacje, gdyż wpłaciliśmy już pieniądze do "Belarustourist" i Sergiej załatwił już formalności i rezerwację hotelową dla 6 osób. Okazało się jednak, że nie jest aż tak źle. Plan był następujący: Miłosz wyruszy autokarem w niedzielę wieczorem i nad ranem dotrze do Wilna. Następnie odbierze na hasło swój rower z przeechowalni bagażu i ruszy do granicy białoruskiej. Rafał zawróci po niego z Naroczy, podczs gdy my - na rowerach - pomnkniemy już w kierunku Postaw, gdzie mamy umówione spotkanie na rynku. To dobry plan, choć zostaniemy bez ciężkiego sprzętu i pomocy technicznej (zapasowych części i roweru).
16 maja 2002 - Spotkanie pod Konsulatem Republiki Białorusi
Przemiła pani w okienu powiedział, że najlepiej zdobyć pieczątki "AB" - wyjazd służbowy, a wtedy wiza nie będzie potrzebna. Ponieważ Siergiej zaanonsował nas w konsulacie wszyscy wiedzieli, że my to my - grupa świrów, który chcą pojechać rowerami na Białoruś. Zdobycie pieczątek AB było bardzo proste. Możemy już jechać, choć wydaje się, że podróż rowerami przez litewsko/biaałoruską granicę jako wyjazd służbowy nie jest czymś zwyczajnym... Dla spokoju sumienia wymyśliliśmy historyjkę o tym, że rzekomo piszemy przewodnik rowerowy po Białorusi, a ponadto szukamy pięknych i malowniczych miejsc na zorganizowaie wycieczek rowerowych dla biednych dzieci.
23 maja 2002 - Dworzec Zachodni PKS Warszawa
To wielki dzień - początek wyprawy. Wóz techniczny miał opóźnienie i wyruszył ok 16:00 - to było w sumie niezłe, bo nie trzeba było urywać się z pracy.
Tak czy inaczej pewnym było, że coś musi póść nie tak zważywszy na fakt, że był piątek, a autobus odjeżdżał ze stanowiska 13. Dorota spóźniła się na umówione spotkanie w biurze Hertz przy ul. Nowogrodzkiej, tak więc przejazd na dworzec PKS odbył się niesłychanie pośpiesznie, choć sprawnie. Problemem był fakt, że miesliśmy 2 samochody, z ktyórymi nie było co zrobić, zaangaowaliśmy więc kolegę - Marcina, który pomógł nam zrealizować przebiegły plan: Zabraliśmy go ze sobą na dworzec, następnie wyładowaliśmy z bagażników rowery i lekki sprzęt i Dorota swoim, a Marcin moim samochodem pojechali na parking. Następnie Marcin przywiózł Dorotę i wrócił moim samochodem na parking. Niby proste, ale trwało 40 minut. Do odjazdu autobusu natomiast pozostało 10, a Frołka jak nie było tak nie było. Okazało się, że na Moście Grota-Roweckiego zepsuła się taksówka, którą jechał i organizowano podmianę. Kilka minut przed 19:30 Frołek pojawił się na dworcu.
Wydawało się już wszystko jest ok, ale niestety - okazało się, że autobus, który miał być podstawiony do Wilna pojechał do Goteborga, a dla nas podjechał zdelelowany trup bez klimy, WC i innych udogodnień. Pan kierowca zdecydowanie odmówił kooperacji w sprawie rowerów tłumacząc się brakiem miejca. Jednak po przedstawieniu legitymacji prasowej Frołka oraz naświetleniu naszych planów pan kierowca zmiękł i ostaecznie rowery rozmontowane do granic rowerzych możliwości wylądowały w nieużywanej autobusowej toalecie. Autobus ruszył z miejsca - zaczęła się podróż. Było bardzo miło - pojazd pełen był bowiem litewskich prostytutek i robotników wracających z Włoch. Ponieważ po mojej prawej stronie zasiadała baaaaaaaardzo atrakcyjna blondynka rozpocząłem intensywny trening rosyjskiego - języka, który przecież już niebawem będzie nam wszystkim bardzo potrzebny. Zadziwiła mnie tematyka rozmowy, którą już po kilkunastu minutach prowadziłem z kilkoma dziewczynami i bardzo sympatycznym, choć wyglądającym na strasznego dresiarza, kolesiem o imieniu Iwan. Nie były to prymitywne podaduchy o niczym ale romowy o Litwie, o przyszłości kraju, o świadomości narodowej... Ciekawe... Ciekawe też było to, że męska część pasażerów traktowała te dziewczyny z szacunkiem, wiedząc przecież dobrze, czym się trudniły we Woszech. Iwan natomist bardzo interesował się celem naszej podróży: Rowery? Białoruś? A czy jesteśmy jakimiś sportowcami? Sam jest sportowcem - trenuje piłkę nożną. We włoszech kupił sobię piękną piłkę do nogi. A teraz wraca, bo już tęskni za Litwą. Nie za kolegami, rodziną. Nie. Za Litwą...
Postój, gdzieś za Ostrołęką. Kierowca straszy nas niesłychanym niebezpieczeństwem czającym się na białoruskiej ziemi: bandytami, milicją zdzierającą haracze, złodziejami, brudem i nędzą.
Granicę przekracaliśmy ok 2:00. Polskich celników zdziwiła nasza obecność w tym autobusie oraz pieczątki AB. Wyjaśnienie, że jedziemy na Białoruś spotęgowało ich zdziwienie miast rozwiać wątpliwości. Ciekawe dlaczego?
24 maja 2002 05:00 Wileński poranek
Zapowiadała się dobra pogoda. Zanim nadjechał Rafał mieliśmy czas aby napić się kawy, umyć się w niesłychanie czystej dworcowej toalecie i rozruszać stawy. Skręciliśmy rowery idojadaliśmy rresztki prowiantu, który zosttał nam z podróży.
Stojąc tak, wzbudzaliśmy zainteresowanie przechodniów, ale nikt nas nie zaczepiał. Ok 7:30 nadjechał nasz wóz techniczny. Było to bardzo miłe spotkanie. Przebraliśmy się w stroje rowerowe wrzuciliśmy bagaż na pakę. Rafał zaprowadził rower Miłosza do przechowalni - nie było problemów. Ruszyliśmy w kierunku drogi 103 - na Połock. Niestety straciliśmy 9 km wjeżdżając na obwodnicę Wilna - zminimalizowaliśmy stratę robiąc 3 km skrót przez pola i w końcy znaleźliśmy się za Wilnem. Podczas pierwszego odpoczynku w przydrożnym rowie mieliśmy okazję posłuchać piosenek z akompaniamenetm akordeonu serwowanych nam przez staruszka, który słysząc polską mowę zainteresował się nami. Droga do granicy nie była interesująca. W miarę jak oddalaliśmy się od Wilna malała ilość samochodów, a ludzie, których mijaliśmy spoglądali na nas z coraz większym zdziwieniem. Po pewnym czasie zaczęły wyprzedzać nas luksusowe samochody: BMW5 AUDI A6, A8, Mercedesy, na białoruskich i rosyjskich numerach tranzytowych. "Zjazd mafii, czy co? Pomyśleliśmy sobie..." Granica (Katlauka) - to straszne miejsce, przed którym wszyscy nas przestrzegali - zbliżała się nieubłaganie. 4... 3... 2... 1km. Tu zaczynała się kolejka samochodów do odprawy. Stały tam auta, które nas właśnie wyprzedzały. Ich kierowcy - silni, umięśnieni, krótko ostrzyżeni, w dresach pozdrawaili nas machaniem ręki - to było zaskakujące. W ogonku samochodów poszukiwaliśmy Rafała. Okazało się, że spryciarz podjechał do samej granicy gdzie wzbudziwszy ogromne zainteresowanie i sympatię litewskich pograniczników został odprawiony poza kolejnością. My też wzbudziliśmy nie lada sensację. Litwini wprawdzie podśmiewując się odradzali nam jazdy na wschód, ale w końcu wbili pieczątki i życzyli szerokiej drogi. Przed nami Białoruś.
Białoruscy pogranicznicy nie kryli zdumienia, gdy na przejściu granicznym pojawił się odkryty UAZ z ukraińską flagą na przedniej szybie na polskich blachach i czwórka szaleńców w strojach rowerowych na swych wspaniałych rumakach. Sprawdzono paszporty - Pa AB jedjetje? Da? Wy spotrsmjeny? - zapytał wyglądający na dowódcę mężczyzna. Wręczono nam specjalne obiegówki, na których musieliśmy zdobyć kilka okrągłych i trójkątneych pieczątek w różnych punktach na granicy. W międzyczasie wymieniliśmy dolary na ruble i porozmawialiśmy z kilkoma kierowcami przekraczającymi granicę. Wszyscy byli zachwyceni UAZem, gdyż okazało się że nie jest w zwyczaju jazda bez plandeki. W końcu zdobyliśmy ostatanią pieczątkę i mogliśmy opuścić posterunek graniczny i udać się do pobliskiej, nędznie prezentującej się restauracyjki. Tam spożyliśmy smaczny posiłek: chłodnik, pierożki, stakan śmietany, ogórki i wszystko popiliśmy wodą mineralną. Jedzenie było doskonałe. Ochoczo ruszyliśmy w dalszą drogę - przed nami jeszcze 70km do jeziora i miasta Świr - dawnych dórb książąt Świrskich.
24 maja 2002 17:00 Świr - zapomniane miasteczko w środku Europy
Po wielu godzinach morderczej jazdy w upale dotarliśmy do miejscowości Świr. Zatrzymaliśmy się na rozstajnych drogach ok. 3 km przed miasteczkiem, gdyż tu właśnie stał zaparkowany nasz UAZ. Rafał zakomunikował nam, że zawarł bardzo ciekawą znajomość z miejscowymi - Paszą i Witaliem. Kupił od nich 3 kg karasi i wędzone, świeżusieńkie węgorze - wszystko za cenę niecałych 10 złotych. Ponadto okazało się, że umówił się z nimi "pod Leninem" ok 18:00. Zmęczeni, pełni obaw ruszyliśmy w kierunku tego zapomnianego przez Europę miasteczka, którego historia wręcz imponowała swoim bogactwem.
Pan Rąkowski w swoim dziele "Wśród jezior i mszarów Wileńszczyzny" poświęcił mu cały, osobny rozdział. W centrum miasteczka znajdował się plac z pomnikiem Lenina i obskórny sklep spożywczy. Kupiliśmy ciemny chleb, najtańsze papierosy "Biełomory" oraz niepasteryzowane, świeże i przepyszne piwo "Wiesnowoje" z browaru Dednowo. Miało wprawdzie dziwny, żółty kolor i nie chciało się pienieć, ale kosztowało tylko 80 groszy...
W miasteczku wzbudziliśmy nie lada sensację. Czuliśmy się trochę nieswojo obserwowani przez grupki gapiów. Po pewnym czasie nadjechała rozklekotana Łada. - To oni!!! - oznajmił Rafał. Z auta wygramoliło się dwóch wielkich drabów w dresach. Choć wyglądali jak urodzeni mordercy okazali się bardzo mili i chętni do pomocy. Obiecali pokazać wspaniałe miejsce na biwak ok 5 km za Świrem nad brzegiem jeziora. Nie wbudzili oni jednak zaufania niektórych członków wyprawy. Ja i Rafał od razu wiedzieliśmy że są wporzo. Frołek z dziewczynami zostali pod sklepem, my zas z Rafałem, UAZem, ruszylismy za pozbawioną świateł Ładą. Przejechaliśmy przez miasteczko, w architekturze którego dominowały raczej biedne, drewniane chałupy - niektóre kryte strzechą. Jednakże cześć domów, dawniej bogatszych, zadziwiała niesamowitymi drzwiami o niezwyle bogatej ornamentyce. Opuściliśmy Świr i ruszyliśmy drogą wysypaną białym, pylącym tłuczniem prowadzącą na Wisznie i dalej na Smorgonie. Z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że Pasza i Witalij stanęli na wysokości zadania - mijsce było przepiękne, co więcej istniała tu prymitywna choć nie zdewastowana (tak jak by miało to miejsce w Polsce) infrastruktura: zadaszone stoły z ławami, miejsce na palenisko, sławojka zaopatrzona w papier toaletowy (!). Wróciliśmy do miasteczka i wszyscy, na rowerach udaliśmy się na miejsce biwaku. Po niespełna godzinie, namioty już były rozstawione, ognisko miło grzało, ryby, skwiercząc, piekły się na patykach, piwo lało się strumieniami. Nasi nowi koledzy odwiedzili nas jeszcze ok 22:00 przywożąc na mnóstwo drewna. Poczęstowaliśmy ich "Tyskim" które kupiliśmy jeszcze jadąc PKS-em gdzieś za Ostrołęką. Wypili podziękowali i pojechali. Nigdy już ich nie widzieliśmy. Nadszedł czas na refleksję: Co my tu do cholery robimy? Gdzie my jesteśmy?!
Na zdjęciu powyżej znajduje się kociół katolicki p.w. św. Mikołaja. Znajduje się on przy głównej ulicy miasteczka przed "centrum". Od 1961 do 1990 r. znajdowała się tu fabryczka, mały zakład przemysłowy. Obecnie kościół znów służy wiernym.
Świr położony jest nad zachodnim brzegiem jeziora Świr. Jezioro to ma ok 14 km długości i leży na obszarze Naroczańskiego Parku Narodowego. Świr założony został w XIII w przez litweskiego księcia - Dowmonta. Stąd wziął początek znany na Litwie ród Świrskich, którzy wprzez wiele wieków byli panami okolicy pomiędzy jeziorami Świr i Narocz. Protoplastą rodu Świrskich był książę Iwaszko. Z biegiem czasu ród ten podupadł i zamienił się w pospolitą szlachtę zaściankową. Zaintersowanych odsyłam do pozycji "Wśród jezior i mszarów Wileńszczyzny" Grzegorza Rąkowskiego, która to książka stała się inspiracją dla naszej wyprawy.
25 maja 2002 08:00 Poranek na jeziorem Świr
Noc minęła spokojnie. Wprawdzie wydawało nam sie, że ktoś lub raczej coś krąży w okolicy obozowiska, ale niesposób było tego jednoznacznie dowieść. Musiał to być jakiś zgłodniały pies lub lis. Dzisaj w planach mamy dojazd do jeziora Narocz i zawkaterowanie się w hotelu "Narocz". Na śniadanie upiekliśmy resztę ryb i około 9:00 obozowisko było już zebrane i posprzątane.
Zadziwiało nas to, że na Bialorusi, wbrew obiegowym opiniom, jest niezwykle czysto. Nie ma walających sie papierów, butelek, puszek... Wszystkie odpadki znajdują się w śmietnikach, które ktoś sprząta. Pradwopodobnie prawo przewiduje wysokie kary za zaśmiecanie a o donos tutaj zapewne nietrudno. Niespodziwanie od strony jeziora nadszedł ubrany w wędkarski strój mężczyzna. Oczywiście miał dla nas ryby. Kupiliśmy je za 2 papierosy i butelkę piwa - Wiesnawoje. (etykieta obok) Człowiek ten był bardzo zainteresowany celem naszej wycieczki: Pytał skąd jedziemy, dokąd, którędy. Gdy dowiedział się, że zamierzamy nocować w hotelu "Narocz" nie krył swojego zdumienia. "Nie jedźcie tam! Tam mafia, rekieterzy. Tam jest bardzo nieprzyjemnie."
Nas to nie odstarszyło. Postanowiliśmy jednakowoż wysłać wóz techniczny na zwiad, gdyż do Narczy było zaledwie 40 kilometrów. Jeżeli potwiedziły by się słowa wędkarza, mielibyśmy czas na opracowanie planu "B". Wyruszyłem z Rafałem bez zwłoki.
Droga prowadziła przez gęste lasy, które pokrywają lwią część terytorium Białorusi. Mijaliśmy pojedyńcze samochody - głównie ciężarowe. Zapomnianie przez cywilizację cmentarzyki, które majaczyły na skraju lasu pozdrawiały nas powiewając kolorowymi wstążkami, którymi, starym zwyczajem, przyozdobione były nagrobne krzyże. W końcu skręciliśmy w boczną drogę prowadzącą do miejscowości i jeziora Narocz.
Hotel "Narocz" jest ohydnym, socjalistycznym budynkiem. Blokiem betonowym, szarym i ponurym. Wewnątrz uderzył mnie w nosdrza znany mi z Moskwy charakterystyczny "zapach Związku Radziekiego". Oho - pomyślałem - może być ciekawie... W recepcji przemiła pani od razu odnalazła naszą rezerwację. Cena za nocleg wynosiła 16 zł od osoby, choć hotel ten uważany jest za kurort i dość snobistyczne miejsce. Potwierdziliśmy rezerwację i wrócilimy spowrotem do Świra. Tym razem Frołek pojechał z Rafałem zabierając rowery i część sprzętu. Ja zaś z Asiorem i Dorro zostałem.
Kilka minut po tym jak UAZ ruszył ponownie w kierunku Naroczy z krzaków nieopodal wynurzył się, ubrany w marynarski pasiasty podkoszulek, człowiek. Był bez butów. Przywitał się i poprosił, aby z nim pójść, bo ma coś ciekawego do pokazania. Dziewczyny zaprotestowały, ja zaś zaciekawiony ruszyłem za nim. Po kilku minutach dotarliśmy do starego chutoru, gdzie poznałem całą rodzinę Andrjeja - brata Jurę, matkę o złotych zębach i jakiegoś jeszcze kolesia, którego imienia za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć. Andrjej zaoferował mi kupno po bardzo atrakcyjnych cenach poroża jeleni, łosi oraz rzekome kły morsa. Skończyło się jednak na miłej pogadance i wypiciu piwa. Do transakcji nie oczywiście nie doszło, choć 200$ za poroże jelenia jest śmieszną zgoła ceną. Niebawem wrócił po nas Rafał i już po godzinie meldowaliśmy się w naszych pokojach w hotelu Narocz.