
Srokowski Stanislaw
Nienawisc
Zobacz!


14 maja 2004 Warszawa
Pomimo zapowiedzi deszczu, zdecydowani byliśmy jechać zważywszy, że dzień rozpoczął się słonecznie. Była to pierwsza wycieczka, która rozpoczynała się z Warszawy. Nie ukrywam, że przejazd rowerem przez stolicę do najciekawszych nie należy, jest nudny i niebezpieczny z uwagi na panoszące się wśród kierowców bezgraniczne chamstwo i brak wyobraźni. Niestety jakieś 30km za miastem zaczął padać deszcz. Morale grupy było jednak bardzo wysokie dzieki obecności Yattamana. Obrawszy trasę wzdłuż Wisły (Otwock - Wilga - Dęblin) gnaliśmy więc w strugch desczu postanowiwszy poświęcić dzisiejszy dzień tylko na jazdę. Żadnych niepotrzebnych postojów. Plan był ambitny. Chcieliśmy dojechać już dziś do Kazimierza, ale niestety jazda w deszczu jest bardziej wyczerpująca, jedzie się wolniej, toteż postanowiliśmy, że musimy dojechać do Dęblina i tam nocować.
Dłuższy popas mieliśmy w Maciejowicach, gdzie podsuszyliśmy ubrania w jakiejś strasznej knajpie na rynku. W barze siedziało kilkunastu mężczyzn oglądających w zapamiętaniu jakiś mecz. Barman zaproponował nam kiełbasę i kaszanke z grilla. Było bardzo przyjemnie. W kominku trzaskał ogień, a na zewnątrz lało. Wisząca przy samiutkim ogniu przemoczona bluza Yattamana wydzielała z siebie kłęby gęstej pary, co nie umknęło uwadze innych gości, którzy podśmiewali się pod nosem. Nie chciało nam się opuszczać tego przemiłego, acz z zewnątrz prezentującego się nieciekawie, miejsca. Deszcz uniemożliwił nam zwiedzanie Maciejowic. Nikomu nawet nie przyszło to do głowy. A jest tu kilka rzeczy, które nie są oczywiście zabytkami klasy zerowej, ale warto je obejrzeć. Mamy więc ratusz i kilka XIX w. domów wchodząch w skład zabudowy rynku, kościół parafialny pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP,
zbudowany pod koniec XVIIIw. W latach
1880 - 1881 został przebudowany według projektu Leonarda
Marconiego. Do ciekawostek należy również zbudowany na początku XX w. , położony na tyłach świątyni grobowiec Zamoyskich.
Ta oryginalna budowla z granitu zachwyca kunsztem kamieniarskiego wizerunku wykonanego pod kierunkiem Kazimierza S. Dutkiewicza. (foto i informacje zaczerpnięte z zasobów internetowych gminy Maciejowice) Nas niestety tego dnia zachwycały tylko kaszanka i piwo. W ratuszu znajduje się muzeum Tadeusza Kościuszki, gdyż tu włśnie rozegrała się owa słynna bitwa "Pod Maciejowicami".
Najważniejszym jednak zabytkiem jest pałac Zamoyskich zbudowany w pierwszych latach XIX w., w miejscu zamku zburzonego
10 X 1794 roku. W niezmienionym kształcie dotrwał on do 1794 r. Zamoyscy, ówcześni jego właściciele, opuścili go na krótko przed bitwą, a zamek stanowił kluczowy punkt obrony polskiej i kwaterę Kościuszki. W czasie walki budowla uległa znacznym zniszczeniom od ognia artyleryjskiego wojsk carskich. W drugiej połowie XIX wieku pałac przebudowano w oparciu o projekt Ksawerego Dionizego Makowskiego.
Ponownie w asyscie desczu, ruszyliśmy w dalszą drogę odliczając z wolna ubywające kilometry. Na nocleg obraliśmy motel na stacji benzynowej w Stężycy, tuż przed Dęblinem. W obskórnym pokoiku z nadzieją wsłuchiwaliśmy się w prognozę pogody. Mogliśmy się w nią faktycznie tylko wsłuchiwać, bo telewizor był uszkodzony i nie miał obrazu.
15 maja 2004 Stężyca
Wstał piękny słoneczny dzień. Na śniadanie zjedliśmy pyszną jajecznicę
z 25 jajek przygotowaną przez ukraińskiego kucharza, który prowadził małą restauracyjkę. Pogoda była zdecydowanie lepsza, a my mieliśmy zaledwie 45 km do Kazimierza. Ot 2 - 2,5 godzinki i po sprawie. Ciemne chmury chodziły jednak po niebie więc sprzęt p-deszcz mieliśmy cały czas pod ręką. Trudno było jakoś sensownie się ubrać, gdyż majowe słońce potrafiło już doskwierać, ale w cieniu było zdecydowanie zimno - no, w końcu zimna Zośka. Po niespełna godzinie byliśmy już gotowi do drogi. Wkrótce okazało się, że zła pogoda to już przeszłość. Wiatro osłabł, przejaśniło się i poczuliśmy wyraźnie różnicę pomiędzy jazdą po mokrej i po suchej jezdni. Minęliśmy Dęblin i dalej poruszaliśmy się krajobrazowo urokliwą szosą wzdłuż Wisły, toteż niebawem zjechaliśmy na brzeg Królowej Polskich Rzek, aby obejrzeć pozostałości opuszczonej przystani promowej. Betonowy jęzor pełniący kiedyś funkcję nabrzeża wdzierał się daleko wgłąb rzeki, skąd rozpościerał się piękny widok na okolicę i most w Puławach. Po wykonaniu serii rutynowych zdjęć ruszyliśmy raźno do Kazimierza, który kusił nas wizją zimnego piwa na rynku i jakiegoś przepysznego obiadku.
Kazimierz Dolny 13:30
Świetnie trafiliśmy. Kemping był dziś otwarty pierwszy dzień, toteż byliśmy jego pierwszymi "namiotowymi gośćmi" w tym sezonie. Pierwszymi wogóle nie byliśmy (ku naszemu zdumieniu), gdyż na placu stał już stary półciężarowy Mercedes przerobiony na coś w rodzaju kampera, którym podróżowało małżeńswto w wieku ok 50 lat. Byli z Olsztyna chyba...
Rozbiliśmy namioty, graty zostawiliśmy na recepcji i ruszyliśmy na zamek i do miasta. Nie opisuję Kaziemierza z oczywistych względów (patrz §3 p. 1 regulaminu). Jest tyle stron internetowych o tym mieście, tyle książek i artykułów, że pisanie tego samego jeszcze raz jest dla mnie stratą czasu, a i dla czytającego zapewne rónież.
Kazimierz Dolny 16 maja 2004 8:00
W nocy był mróz. Dziwili się zatem uczestnicy izraelskiej wycieczki goszczący w hotelu "Spichlerz", że bladym świtem paradujemy w koszulkach i krótkich spodenkach do kempingowej umywalni pozbawionej ciepłej wody, ale nic to. Śniadanie przyrządził Yattaman - było pyszne. Niebawem ruszyliśmy dalej na południe, gdzie teren stawał się wyraźnie pagórkowaty i nieco trudniejszy. Zapowiadała się piękna pogoda. Po drodze zatrzymaliśmy się przy kazimierzowskim cmentarzu żydowskim - tam pożegnaliśmy okulary, "Toma Arayi", które pożyczyłem od Frołka. Właśnie robiąc tę fotkę położyłem je na ziemi, by już ich później nie podnieść...
W sumie Frołek też miał fajną przygodę z okularami. Miał na tej wyprawie piękne okulary Adidasa (nie Adibasa ani Adibosa tylko oryginał za 300 zł), ale kiedy coś pokazywał Yattamanowi, złamał je, a właściwie to one pękły mu na nosie. Tajwańska tandeta! Co z tego, że oryginał jak tajwańskie?
Kraina na południowy wschód od Kazimierza jest niezwykle malownicza. Droga pnie się to w góre, to znów opada w dół, meandrując pomiędzy wzgórzami. Na wzgórzch, wioski, kościoły, pola... Pięknie i sielsko. No i pusto!!! Mały ruch samochodowy to duża zaleta tych terenów. Jechaliśmy niespiesznie w kierunku Wojciechowa, który okazał się bardzo ciekawym i ładnym misteczkiem. Wojciechów pojawia się pierwszy raz w źródłach pisanych w 1328 roku. Wieża która tam się znajduje została odrestaurowana w larach 70-tych XX w. Nas jednak szczególnie zainteresował zakład kowalski, do którego właśnie przyjechała jakaś szkolna wycieczka. Ha! Okazało się bowiem (jak się przypadkiem dowiedziałem rok później wertując jakieś artykuły), że odbywają się tutaj imprezy kowalskie - ogólnopolskie targi sztuki kowalskiej. Korzystając z nadarzającej się okazji zwiedziliśmy starą kuźnię. Gmina wydaje się dobrze gospodarowana. Zainetersownym polecam strony www.kowale.com.pl/wojciechow/ i www.wojciechow.lubelskie.pl
19:00 Wysokie
Wysokie to straszne miasteczko. Nic w nim nie ma. Wieczorem kręci się tu mnóstwo podpitych wyrostków, ale nikt nas nie zaczepiał. Co dziwne, przy głównej ulicy miasteczka znajdują się jakieś opuszczone rudery, zarośnięte chaszczami posesje... Właśnie na schodkach prowadzących do jednej z takich ruder usedliśmy sobie by w spokoju wypić piwko i coś przekąsić. Nocleg załatwiliśmy sobie na plebanii. Bardzo miły ksiądz pozwolił nam obozować w ogrodzie, ale potem zasugerował nam abyśmi spali w sali katecheteycznej, gdyż zapowiadano kilkustopniowy mróz. Stary budynek plebanii wyglądał na przeznaczony do rozbiórki. Wyglądał mi na II dekadę XX w. Niestety nie udało się nam wejść do środka, gdyż było już ciemno, a następnego dnia rano nie było proboszcza, gdyż dokądś pojechał, a kościelny nie czuł się władny wpuścić mnie do opuszczonej budowli.
16 maja 2004 Wysokie 8:00
Rano okazało się, że namioty pokryte były grubą warstwą lodu; dobrze, że jednak spaliśmy w budynku. Zanim wyschły na słońcu, zjedliśmy śniadanie i sprzwdziliśmy sprzęt. Dzisiaj mieliśmy dojechać do Zwierzyńca przez Czarny Stok, a następnie do Zamościa przez Topólczę i Szczebrzeszyn. Yattaman był wyraźnie podniecony - to jego rodzinne strony. "Nie jedźmy dzisiaj za szybko. Rozgrzejmy się trochę." - powiedział Yattaman i zniknął nam z oczu za pierwszym zakrętem. Ten odcinek obfitował w długie zjazdy. Udało mi się rozpędzić moją maszyną (mając na bagażniku pełne sakwy i namiot) do 56 km/h. Yatta przekroczył 60... W miarę jak zbliżaliśmy się do celu, entuzjazm Yattamana rósł. Cóż, w Topólczy znajdowała się jego ojcowizna, ponadto widzieliśmy, jak bardzo chciał sprawić niespodziankę swojej rodzinie z Czarnego Stoku.
c. d. n.