O nas | Aktualnosci | Regulamin
Newsletter | Wyprawa
Brasław | Baranowicze | Dubno | Zwierzyniec | Dawidgródek | Wolczyn/Kamieniec Litewski
radzima.org | poehali.net | realbiker.ru | Rzeczpospolita.com | ski-team.pl | Sklep Podróznika
Sasza | Frołek | Dzidka
Bialorus jako taka
Forum Jürjüszi | Forum rowerowe poehali.net | Forum turystyczne poehali.net
III Wiosenny Rajd Jürjüszi | IV Jesienny Rajd Jürjüszi

O czystości

Sasza - nie po raz pierwszy, zresztą - poprosił mnie o napisanie czegokolwiek na stronę Jürjüszi.net. Raz już to zrobiłem, ale okazało się, że za wyjątkiem steku nadto osobistych refleksji nic sensownego nie wyszło. Myślę, że to wina mojej pamięci, a właściwie jej braku, wskutek czego nie umiem dzień po dniu, krok po kroku opisywać swoich wrażeń. Efekt jest taki, że nie sposób przypisać ich do konkretnych miejsc i zdarzeń. Wrażenia pozostają, ale we łbie faktograficzny mętlik. Pewnie najlepszych remedium byłoby spisywanie wszystkiego na bieżąco, ale na to z kolei jestem zbyt leniwy. Teraz znów więc będzie więcej wrażeń (ciśnie mi się na usta pewien słynny w niektórych środowiskach rym, ale z racji na wizerunek Jürjüszi.net - powstrzymam się).

Co do (faktycznej) czystości na Białorusi, jaką zachwyca się Sasza. Otóż wydaje mi się, że w każdym państwie, w którym surowość obyczajów dominuje nad ich swobodą, jest to sytuacja typowa. Reżim i dyktat urzędu towarzyszą porządkowi i bezpieczeństwu. Wystarczy porównać takie państwa jak Chiny, PRL i właśnie Białoruś z Francją, Hiszpanią czy Stanami. Gdzie wolność i swoboda obyczajów - tam bałagan i większe zagrożenie bezpieczeństwa. Gdzie dyktatura, reżim i prymat urzędnika nad obywatelem - tam porządek. Coś za coś.

Trochę mi się z tego spłaszczonego obrazu wyłamują poszczególne przypadki. Stanów chociażby, gdzie (poza dzielnicami biedy) właściwie jest czysto, a przecież na brak liberalizmu trudno tam narzekać (choć z drugiej strony poszanowania prawa również trudno temu społeczeństwu odmówić). Myślę, że podobnie to wygląda w krajach niemieckojęzycznych i skandynawskich, gdzie panuje mores, ale i na brak swobód obywatelskich nie sposób narzekać. To dobry temat do dyskusji na Jűrjűszi.net (nie wykluczam, że bardzo się mylę).

Proszę bardzo, można się zachwycać czystością i porządkiem, ale jeżeli jego ceną ma być nałożony wolności słowa kaganiec oraz ograniczanie swobód obywatelskich, to ja dziękuje. To chyba trochę jak z gospodarką i w ogóle porządkiem społecznym - albo socjalizm albo wolny rynek.

[dygresja - czytam relację Saszy z Baranowicz i dochodzę do wniosku, że moje wtręty wszystko w niej zepsują ;-) chyba powinienem wyłącznie relacjonować na bieżąco, jak on, bo inaczej nic z tego nie pamiętam, chociaż.]

O pizzy i tatuażach

O pizzerii właściwie, bo pizza - choć tu, akurat, zaskoczenie - taka jak wszędzie w Polsce w porządnej pizzerii. Pizzeria zaś była pusta, nie za bardzo zadbana. Zdaje się, plastikowe serwetniki i kwiatki w wazonach. Czyli taki właśnie standardzie PRL-owski, czy - jak kto woli - białoruski. Pani kelnerka - przecudnej wręcz urody (no, dobra - niezła najwyżej była, nic więcej; ale że chłopcy podekscytowani wyrwaniem się z domowych sideł, więc się bardzo podobała), dosyć sympatyczna i ciągle się zastanawiałem, czy udałoby się ją wyrwać (nie mylić z - czy wyrwać). Ja to się bowiem obawiam, że tam, na tej Białorusi, to nie ma takiego romantyzmu w ludziach. Bo kiedyś w Polsce to było bardzo romantycznie uciec z jakimś Włochem fiatem mirafiori spod dyskoteki Faleza w Jastrzębiej Górze (zarówno samochód - to wiadomo - jak i dyskoteka - to akurat niekoniecznie - istniały). Była nawet taka piosenka niejakiego Drupiego (Włocha właśnie). No więc, zdaje mi się, że tak jak nasze dziewczyny chciały uciekać z takim Włochem, tak te Białorusinki z jakimkolwiek Polakiem uciec by nie chciały. Że właśnie tego romantyzmu brakuje. Albo to poczucie narodowej dumy (a co to my jacyś gorsi od tych Lachów jesteśmy?) skutecznie wzmacniane (i dobrze!) przez pana prezydenta Łukaszenkę. Albo - to trzecia możliwość - one i uciec by chciały, ale skrępowanie obyczajowe nie pozwala na otwarcie się wobec zagranicznego gościa. Nie wiem.

Coś podobnego zdarzyło nam się ostatnio - czyli podczas rowerowej wyprawy do Kamieńca Litewskiego. Już za samą granicą stajemy przy obskurnym spożywczaku. Białoruś sama w sobie - sklep obskurny, otoczenie wokół zaniedbane, zero reklam i plakatów, elewacja szara, chodnik szary, wszystko szare, wszystko bure. Białoruś. Szararuś. Buraruś. Stajemy rowerami, kupujemy chyba kwas chlebowy i słodycze (pyszne mają! Zwłaszcza taki ni to serek, ni to lody). Jemy. Podchodzą cztery laseczki - na oko czternasto-, no może piętnastoletnie. Śliczne, zadbane, delikatny makijaż, kuse bluzeczki (więc może nawet szesnastoletnie). Patrzą ukradkiem na rowery i na właścicieli, ale chichoczą, znikają w sklepie. Wychodzą już namówione, która na którego spojrzy. I znów chichot. Odjeżdżamy. Oglądamy się. One też. Ale jestem przekonany, że nawet gdyby miały po parę lat więcej, nic by z podrywu nie wyszło (inna sprawa, że i podrywu by nie było), bo one byłyby po prostu nie do wzięcia! Tylko dlaczego? Zdaje mi się, że na Ukrainie, w Gruzji, Mołdawii już inaczej by było. Ale tam nie jest buro. Znów zatem - w jednym i w drugim przypadku - znać o sobie daje reżim, skrępowanie obyczajowe, jakiś kaganiec damsko-męski, jakieś zamknięcie się dziwne. Obcy = wróg, a już na pewno nieprzyjaciel, wobec którego powinniśmy zachować rezerwę. A nuż bowiem zrzuci na nas jaką stonkę czy inną plagą pokarze.

Tatuaże

Ja się w ogóle strasznie boję takich akcji. W ich obliczu dają bowiem o sobie znać zaściankowe i zawstydzające mnie stereotypy. Co może się stać w białoruskim studiu tatuażu? No, wiadomo - HIV, gangrena, a tak naprawdę od razu AIDS czy inny syf. Bo co umieją i co mają w tych swoich instrumentach tacy spece z Białorusi ("z tej" Białorusi! Zacofanej i brudnej i w ogóle!). Więc bałem się, jak diabli, wejść do tego studia i dać się rżnąć (dobra - nakłuwać) jakimś "Ruskom". Zawsze w takich sytuacjach (zetknięciu z ludźmi z ludu, prostymi itp.) tworzę sobie we łbie wizerunek takiej osoby, a raczej dopasowuję ten, jaki właśnie mam przed sobą, z tym, jaki mam we łbie, czyli ze stereotypem. Przykład z tatuatorami - widzę, że ma wielkie łapska. OK. - wszystko się zgadza, prosty chłop zza wschodniej granicy (pewnie szkół nie pokończył i na dodatek przestępca). Widzę, że ma byle jakie portki na tyłku. Też dobrze - tanie, gówniane, podrabiane, z bazaru (prostak ubrać się nie umie). I takich przykładów jest jeszcze kilka. Dziwne to jest, bo z jednej strony odczuwam w duszy komfort, że ktoś zgodny jest z moim wyobrażeniem o nim (nienajlepszym, więc skąd ten komfort?), z drugiej - równie dobrze mogę sobie wymyślić, że to - mimo że prosty - jednak uczciwy, normalny, serdeczny facet. Taki jak my! I tak trwam w tym dziwacznym rozkroku - to ciesząc się, że mam gorszego przed sobą (i bojąc się, że mi w ryj da albo syfa jakiego wkłuje w łapę), to usilnie próbuję odrzucić stereotyp i przyjąć gościa bez uprzedzeń.

Źle się z tym czułem. Zwłaszcza, widząc, jak mój przyjaciel od razu się zaprzyjaźnia, wypala papierocha i mało się nie wyprowadza z ujmującego cokolwiek hotelu "Gorizon". A ja nie mogę sobie ze swoim zacofaniem dać rady i męczę się, to przekonując, że prosty nie znaczy gorszy, to szydząc w duchu i pyszniąc się własną (domniemaną lub nie) lepszością.

Ot, i wrażenia z Białorusi. Podobne mógłbym mieć i z Wyszkowa.

podyskutuj o tym artykule na forum